Przeskocz nawigację


  1. Monsieur’s Departure
  2. Amis Raynaud
  3. Levis
  4. Von den Elben
  5. Lingua Mendax
  6. Falling Star
  7. The Whyle
  8. Winter
  9. Altas Undaz
10. 292
11. Silver Swan

Ocena: 8/10

Byłem zaniepokojony gdy Qntal V objawiał się w new-age’owej stylistyce, między kreślonymi symbolami średniowiecznych wróżek. Jak się okazało, obrót o 180 stopni jaki obrało trio zaskoczył wszystkich. Qntal w wydaniu piątym zstępuje z dostojnością, liryzmem i łagodnością – filozofom się nie śniło.

Na pierwszym planie triumfuje melodyjność, bardzo wyraźna i wyeksponowana, podciągnięta instrumentarium typowym bardziej Loreenie McKennitt niż brzmieniom „Qntal I” – zwłaszcza w „Monsieur’s Departure”. Wraz z „Amis Raynaud” (stylowo bliskim lżejszym pozycjom z Ozymandiasa) wprowadzają qntalowe nastroje, jednak w zupełnie innej formie. Ów nastrój zaczyna czarować wspaniałym, tajemniczym „Levis” gdzie uświadamiamy sobie, że elektronika pojawia się tu w dawce niemal znikomej, jako nieuchwytny alchemikom wszechobecny składnik muzycznego wywaru. „Von den Elben”, które na albumie mamy w obficie symfonicznej wersji trochę mniej mi się spodobało niż wersja singlowa, a to dlatego, że końcowa kulminacja ociera się niebezpiecznie o niepotrzebny patos. W związku z tym następująca potem, jak to określił f!eld instrumentalna techniawka „Lingua Mendax” brzmi orzeźwiająco.

Jeśli ktoś ciągle kręcił nosem do tej pory, po „Falling Star” powinien już siedzieć cicho (albo w zachwycie, albo z wyłączonym odtwarzaczem). Najjaśniejszy i najbardziej pamiętny moment albumu – pieśń niezwykła, najlepszym określeniem której wydaje się angielskie słowo „haunting”… a gdy wchodzą rytmiczne smyczki, kryształowy lament przemienia się w hipnotyczny balet świętojańskiej nocy. Boskie!

Dawka 11 utworów sprawia, że każdemu z osobna można poświęcić uwagę i nad każdym uronić pochwałę: za delikatność „The Whyle”, za fortepianowe sople „Winter”; „Altas Undaz” natomiast chołubię za melancholijny walcowy ton i piękny refren, który mógłby kołysać swymi falbanami bez końca. Zbliżając się ku zakończeniu, napotykamy kolejną instrumentalną techniawkę „292” – ujmującą tym co można pokochać w Estampie, i album zamyka się majestatycznie tytułowym madrygałem. Teraz zupełnie nie dziwi mnie porównanie do Enyi, tym razem i Qntal zwycięża prostotą i liryzmem.

Tyle, że jest jedno wielkie ale… wydaje mi się, że złagodzenie formy odebrało jej nieco innowacyjności, a to sprawia, że muzyka owszem zachwyca, ale wszystkim tym co już gdzieś było, jeśli brać pod uwagę techniczną stronę medalu (po mimo tego, że w Qntal słyszymy to po raz pierwszy). Druga rzecz to oczekiwania; wielu zostało zawiedzionych nie mogąc liczyć na kawałki spod znaku „Ad Mortem Festinamus” czy „Nihil” (choć mamy jeszcze nagrodę pocieszenia w postaci bonus disc). Klasy i uroku jednak Łabędziowi odmówić nie można, i uważam że jest to wydawnictwo bardzo udane, zwłaszcza że zmiana nadeszła w idealnej chwili i została owocnie wykorzystana. A zatem Qntal znalazł kamień filozoficzny, który zamienił ich muzykę, może nie w złoto, ale co najmniej w srebro.

Ver.


1. Von den Elben (Single edit)
2. Levis (Half Light mix)
3. 292 (A Darker Shape mix)
4. Veni (Filthy Floor Mix)
5. Rot
6. Von den Elben (Brian Froud music video)
7. Brian Froud multimedia gallery

Ocena: 8/10

Zabawne, że wydany ostatnio Qntal V jest świetną płytą pod warunkiem, że nie oczekujemy, że będzie to album w stylu qntalowskim. Ponieważ Versatisowi przypadł względny zaszczyt recenzowania płytki w wersji podstawowej, ja się zmusiłem do skomentowania limitowanego wydawnictwa.

A jest co komentować, bo dopiero remiksy regularnych utworów okazują się być Qntalem we wspomnianym stylu qntalowskim. Co za tym idzie – płycie bliżej tu do Qntal III niż Qntal IV. Rzecz w tym, że jest to płyta ułagodzona, poprawiono niedoróbki, dano sobie spokój z mistyczno-magicznym kombinowaniem na rzecz prostoty i ułagodzenia myśli.

Z drugiej strony jednak możemy ulec lekkiemu niesmakowi, a to z tego powodu, że tak naprawdę z Qntalem będą mieli do czynienia chyba ci nieliczni szczęśliwcy, którzy wywalą kilka-kilkanaście euro więcej (zdzierstwo!). Najciekawszą jednak perełką jest future-popowe Veni, które już kompletnie odbiega stylem od czegokolwiek (przypominając Helium Vola), jednak wywiera wspaniałe wrażenie. No, może tylko ciut zbyt dyskotekowy refren, ale można wybaczyć.

Co poza tym? Rot, które fanatycy znają z Cupido (znów naleciałości z Qntal III) i jeszcze teledysk do Von Den Elben. W trakcie pisania tej recenzji nie znam jeszcze dzieła Versatisa, jednak powiem tyle: piosenka śliczna, ale nie bardzo nadająca się na singiel (bo skoro mamy single edit, to proponuję odkładać już kasę… choć chyba tylko na nową okładkę, bo dodatki będą – założę się o własną głowę – z limitowanej edycji). Teledysk też taki masońsko-mistyczny (na oficjalnej stronie Qntal można go ściągnąć za darmo). Ładny do patrzenia, ale… No właśnie, cały Qntal V rozbija się o jakieś „ale”. Piękna muzyka, ale nie w stylu qntalowskim. Tutaj jednak teledysk inaczej wadzi: otóż ani ten do Entre moi et mon amin, ani Von Den Elben jakoś nie pasują mi do całości. Są statyczne aż do bólu. I choć galeria Briana Frouda jest olśniewająca, podobnie ze stroną wizualną teledysku, to jednak sprawia wrażenie monotonii. Estetyka powala, ale pozostawia uczucie niedosytu.

Rezultat? Łabędź nie okazał się być gęsią, pasztetem tym bardziej nie. Jednak coś niezbyt on lotny, a kilkaset lat na karku nie bardzo mu pomaga. Gdyby nie zdzierska cena limitowanej edycji (no, ale za to 32-stronicowa książeczka z grafikami!), powiedziałbym, że wydawnictwo jest grzechu warte. A tak? 8 punktów i moje błogosławieństwo. Qntal się odbił od dna nareszcie, choć w dziwnym stylu. I za ten szok daję mu punkt mniej.

f!eld

%d blogerów lubi to: