Przeskocz nawigację


  1. Sleeping
  2. Departir
  3. Slahte Wille
  4. Translucida
  5. La Froidor
  6. Glacies
  7. Worlds of Light
  8. Obscure
  9. Sumer
10. Amorous Desir
11. Ludus
12. Passacaglia

  Bonus Disc zawiera:

+. Unmaere
+. Slahte Wille (Version Bleu)
+. La Froidor (Version Noir)

Ocena: 6.5/10

Qntal tym razem odczekał regulaminowe DWA latka od czasu ostatniej płyty, i tym samym oszczędził nam kolejnych stresów związanych z gdybaniem co tym razem. Wbrew plotkom nie okazała się to być współpraca z grupą Unto Ashes, a samodzielny album, reklamowany sesją zdjęciową a la Matrix i dwoma nieco bardziej elektronicznymi kawałkami. Ucieszyliśmy się z f!eldem na wieść o takim obrocie spraw, ale zapomnieliśmy o jednym. Zima to nie tylko majestat mrozu, ale również roztopy i przemoczone buty.

Na początek może o tym, co przyprawia mnie o grymas, jaki zazwyczaj towarzyszy przełażeniu przez delmę ciapy na chodniku – a są to kałuże flaków z olejem jakie się na „Translucida” trafiają. Nie pamiętam ile trwa utwór tytułowy, a niezrozumiałym dla mnie jest dlaczego taka ekscesywność staje się udziałem tak słabego kawałka. Wtóruje mu „Glacies” i (na szczęście bonusowy) „Unmaere”, wobec którego żywiłem, przyznam, nadzieje wspaniałości. Nierówny jest też „Slahte Wille”, chociaż miłośnicy ambientowych przestrzeni nie poskąpią dobrego słowa, bo tu właśnie ujawnia się specyficzny element tego albumu – soniczna atmosfera, dźwięki raz chłodne jak freon, raz ostre jak przymrozek. Wraz z głosem Syrah, to byłoby wystarczające, gdyby nie zbytni konserwatyzm Fila Grotha, który przez twórczą zachowawczość kopie sobie coraz większą przepaść między tym co w ramach projektu Qntal wyczyniał Ernst Horn.

Mimo to, na przestrzeni przedwiośnia album zdążył się przyjąć, i jeszcze do tego zaskoczyć. Niektóre kompozycje zadziwiają już na starcie. W moim przypadku był to „Sleeping”. Intrygujący prolog, który przy pierwszym kontakcie zdaje się być pozbawiony rytmu i konkretnej melodii, co czyni jego dźwiękowy krajobraz idealnym tłem dla głosu pani Hausen, a tymczasem gdzieś w jego wnętrzu, po sennej pochwale śnieżnych połaci, poczyna unosić się wszechogarniający basowy rytm, który kryje w sobie zalążek średniowiecznej pieśni. Utwór nie do sklasyfikowania w kategoriach ich wcześniejszych dokonań.

Utwory kolejne w jakiś sposób nawiązują do tego co już znamy, z tym że są przyrządzone „na zimno”. Piękne, stylizowane na balladę „Worlds of Light” może się skojarzyć ze „Spiegelglas”, dynamiczne „Obscure” i „Ludus” wciągają bez reszty, ale czy aby na pewno bardziej niż „Vedes Amigo”, czy „Blac”? Całkiem miłe, sięgające do wcześniejszych dziejów nawiązanie znajdziemy w „Sumer”, które momentami brzmi jak coś z epoki Ernsta Horna. Na koniec można pochwalić jeszcze dość specyficzne, i chyba pozostające wizytówką albumu „La Froidor”, gdzie na pierwszy plan wysunięto powolną grę viol. Finał jest zaś żałobny – „Passacaglia” nieodparcie przypominają mi klimat Mickiewiczowskich „Lilij” – „zbrodnia niesłychana, Pani zabiła Pana” – zabiła i śpiewa teraz u wezgłowia katakumby, chociaż w istocie maczał w tym palce Vivaldi. No, ale czyż nie mieliśmy czegoś podobnego na koniec „Ozymandiasa”?

To ostatnie porównanie zdaje się być bardzo trafne. Gdyż tak „Ozymandias” jak „Translucida” trzymają średni poziom w swojej lidze. Śmiałbym przeważyć szalę Temidy na korzyść niniejszego albumu, o jeden tylko plusik. A to dlatego, że mniej tu zapchajdziur, nie wrzucono wszystkiego do jednego worka (mrożonkom to nigdy nie wychodzi na dobre), a odrobina wytchnienia plasuje ten album na stabilnym stylistycznym gruncie pomiędzy wspomnianym „Ozymandiasem” a łagodnością „Silver Swan”. Ale każdy wie co widnieje na środku skali termalnej – nie wróżące niz dobrego zero. Niemieckie trio chyba to przeoczyło.

Ver.

%d blogerów lubi to: