Przeskocz nawigację


  1. Berceuse epiquee I
  2. Le banquet celeste
  3. Umbra et imago
  4. Homeros (The One, who Combines the Parts)
  5. Berceuse epiquée II
  6. Cho meros (The Blind One)
  7. Orchidea
  8. Gingerbread
  9. Romanza
10. Berceuse epiquée III
11. Dieu est simple: La fin pt I
12. Carrol of the Bells: La fin pt II

Ocena: 7/10

Przyznam, długo przecierałem oczy ze zdumienia. Po pierwsze: nie ma nigdzie żadnych informacji o tym zespole. NIGDZIE. Po drugie: sam o nim nigdy nie słyszałem. Po trzecie: nie zamieszczono żadnego zdjęcia zespołu. Wszyscy członkowie są przedstawieni na portretach sławnych muzyków, i tak np. Eric – pianista tego całego bałaganu – wygląda jak Carl Philipp Emmanuel Bach. No cóż, zabawnie, nie ma co.

Przejdźmy jednak do rzeczy: muzyka jest… co najmniej poprawna. Album w całości przemyślany, nie ma zbędnych utworów (no, może poza monotonną Orchideą i wyjątkowo dziwnym Umbra et Imago), ani dłużyzn. Uprzedzam od razu – wokalistka pojawia się tylko na Le banquet celeste i Dieu est simple. Poza tym jest to w całości instrumentalna muzyka. W dodatku dama nie ma tekstu do zaśpiewania, tylko przeprowadza karkołomne wokalizy, co miejscami przyprawia o gęsią skórkę (np. skoki w Le banquet celeste).

Czym jest w związku z tym Homeros? Zespołem, na który się składają: gitara klasyczna/akustyczna (na Romanzy mamy klasyczną), fortepian/klawesyn, skrzypce i… To wszystko. Jest przyjemnie, delikatnie, nie ma sieczki. Można się zrelaksować i oddać lirycznej instrumentalnej muzyce, która wypełniona jest lekką melancholią (choćby przepiękne Berceuse epiquee I – reszta części niestety nie jest nawet w połowie równie dobra. Oczywiście, wciąż ma to swój klimat, ale jakoś tak niepełnie). Są tylko trzy żywe kawałki – Umbra et Imago, Homeros i zagrane z brawurą Carrol of the Bells (no, skłamałem z tymi instrumentami – w Carrol mamy jeszcze dzwony). Tylko, że Umbra jest chaotycznym utworem, w którym fortepian zaczyna spełniać momentami rolę perkusji, a Homeros zahacza dziwnie o trashową stylistykę. Ogólnie rzecz biorąc – słabo. Za to La fin pt II mnie zachwycił – jeszcze takiej ostrej jazdy z kolędą na dzwony Leontowicza nie słyszałem. Nawet wykonanie Savatage’a (Trans-Siberian Orchestra) wysiada przy tym. Zresztą; ostatnie dwa utwory przypominają zamysłem Kali Yuga Theriona z Sirius B: najpierw spokój, a potem ostra jazda. Ale czy to wada?

Wniosek? Nie jest źle, ale trzeba popracować. Oby tak dalej.

f!eld

One Comment

    • buba
    • Posted 11 lutego, 2010 at 8:47 pm
    • Permalink

    Recenzja z tej strony zainspirowały mnie do wysłuchania choć jednej z płyt zespołu Homeros, ale… w sieci nie ma o nich żadnej wzmianki. Dlatego zwracam się z pytaniem gdzie mogę znaleźć jakikolwiek informację o tym zespole? Z góry dziękuję za pomoc.


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: