Przeskocz nawigację


  1. Requiescat
  2. Le portait de Dorian Gray
  3. Totentanz
  4. La Reine de Soleil
  5. Alice
  6. La vierge et l’enfant
  7. Cum mortuis in mortua lingua
  8. Le vent
  9. La vie
10. L’eternité
11. Psaumes

Ocena: 10/10

Trzy lata to spory okres czasu wypełniony niecierpliwym oczekiwaniem nielicznych fanów na kolejną odsłonę osobliwego pogranicza muzyki dawnej z nowatorstwem formy, jaką od wielu lat z rosnącym powodzeniem prezentuje Homeros. Tym razem wieloletnie przygotowania wyniosły muzykę na poziomy wręcz sakralne, i co warto zauważyć nie chodzi mi tyle o treść co misterną złożoność dzieła, być może trudną w odbiorze, ale absolutnie fascynującą.

Album otwiera 8 minutowa suita „Requiescat” wykonana na organach kościelnych, początkowo żałobna, wręcz minimalistyczna, ale w charakterystyczny dla zespołu sposób zmierzająca majestatycznie ku finałowi. Sposób kreowania niezwykłych struktur z prostych pasaży zadziwia, jak też to, że nie odczuwa się tu braku innego instrumentu. Ów utwór ma w sobie coś z ducha epki „La Messe/Choralia”. I wtedy następuje najcudowniejszy moment – cichnące brzmienie organów nagle zawiesza się by ruszyć ponownie z niepokojącą rozwijającą się melodią pełnego, głębokiego fortepianu – tak zaczyna się „Le portrait de Dorian Grey”, w dalszej części przybywa innych instrumentów, które naprzemiennie obejmują prowadzenie nad iście filmowym tłem. Dwa wspaniałe utwory.

W tym momencie, nastrój staje się nieco bardziej ascetyczny za sprawą bardzo misternego, a jednocześnie nieco psychodelicznego Totentanz (głos Edith przeszywa nas sztyletami staccato, krótko ciętych sopranowych sylab), by w „La Reine de Soleil” przeplatać przeciągłymi wokalizami niezmierzone przestrzenie wypełnione odległymi dźwiękami fletów i skrzypiec złączonych w osobliwy niemal złowrogi dźwięk. „Alice” kojarzy mi się nieodparcie z mglistymi historiami rodem z powieści Virginii Woolf, oprawionymi w melancholię fortepianu (tu skolei przypomina mi się Yann Tiersen) i ledwie słyszalnymi głosami potęgującymi uczucie przygnębienia, przełamane nadal smutnym, ale nieco bardziej zdecydowanym tonem instrumentalnego „La vierge et l’Enfant”. Następne trzy utwory serwują nam już muzykę bardziej wymagającą, żeby nie powiedzieć nieprzystępną. Jednak doskonale kontynuuje ona podróż stopniowo zmieniającego się nastroju: mroczny chorał chóru „Cum mortuis in morta lingua”, i dwuczęściowe szaleństwo podzielone na dziwne, rozwirowane rozmaitymi dźwiękami „Le vent” (zwłaszcza Matthieu doprowadza skrzypce i słuchaczy do ekstazy), przedzierzgające się w bardziej rytmiczne „La vie” które dźwięki fletu i gitary w końcowej części wynoszą ponad chaos (cudowny chaos dodajmy). Oba utwory to niezwykły popis Edith, która świetnie radzi sobie z trudnymi zwrotami melodii, udowadniając że potrafi korzystać ze swojego głosu z wirtuozerią cechującą wprawnego instrumentalistę.

Album staje się podróżą, sprawia, że czas przestaje płynąć albo płynie inaczej, choć z pewnością wielu będzie miało trudności w przebrnięciu przez niektóre części. Na to potrzeba z pewnością czasu, i do dyspozycji mamy całą wieczność – „L’eternité”, to długi utwór w którym wszelkie śmiałe zagrywki są rozpierwiastkowane na przestrzeni całego utworu w zupełnie nowym świetle, może bardziej przystępnym za sprawą wspaniałej melodii organów które niewiadomo kiedy pojawiają się ponownie z motywem znanym z „Requiescat”. Zaś „Psaumes” to tajemnicze ulatujące ostinata chórów, coraz bardziej odległe, pełne smutku, pozostawiające nas z złowrogim dialogiem gorzkich wiolonczel i skrzypiec. Cóż dodać, podróż z mroku do mroku opowiedziana przez nowelę wiatru w wydaniu Homeros to coś wspaniałego. I zastanawiam się co może przynieść kolejny album, czy starczy im śmiałości i umiejętności by zrobić krok na przód. Wystarczy krok, nie potrzeba rewolucji.

Ver.

%d blogerów lubi to: