Przeskocz nawigację


Prolog:
1. Tu Es Petrus

Część I – Pater Noster-Ojcze Nasz:

2. Ludzie to Adam i Ewa
3. Zdumienie
4. Tak bowiem Bóg
5. Strumień
6. Intermezzo I

Cześć II – Litania z czterema porami roku:

7. Litania z czterema porami roku

Część III – Ecce Homo-Oto człowiek:

8. Ten który zdradził
9. Ten który się zaparł
10. Ten który nie uwierzył
11. Ten który nie poznał
12. Intermezzo II

Część IV – Litania za niosących śmierć:

13. Litania za niosących śmierć

Część V – Takiej miłości nikt im nie może dać, tylko Pan Bóg:

14. Miłość to wierność wyborowi
15. Jedenaste
16. Niech mówią, że to nie jest miłość
17. Będziesz miłował

Część VI – Litania do każdziutkiego na ziemi:

18. Litania do każdziutkiego na ziemi

Epilog:

19. Tu Es Petrus

Ocena: 1/10

Mówiłem już wiele razy, że nie jestem fanem tandety. Nawet, jeśli jest to umotywowana tandeta. Albo się robi coś konsekwentnie, z zapałem i GUSTEM, albo do widzenia. Oczywiście, jak nam wiadomo, potraktowałem Tu es Petrus w ramach tandety. Dlaczego? Bo to koszmarny kicz, gloryfikujący wręcz w bałwochwalczy sposób śp. Jana Pawła II (autorzy podkreślali wiele razy, że oratorium – podobnie jak poprzednie – jest hołdem dla papieża Polaka). Zresztą, dodajmy, czyniący to w pretensjonalny sposób. Kiczowatość jest na całej linii – od okładki po zawartość.

Jednak nawet nie to jest ważne, bo JP II to sprawa marginalna. Moim zadaniem nie jest oceniać ideologię twórców/utworów, tylko formę. No, treść przy okazji, jeżeli rzutuje na jakość. Ale staram się od tego powstrzymywać.

Tutaj natomiast mam dylemat. Bo, z jednej strony, powinienem pojechać po całej linii, z drugiej – przyzwoitość wymaga jakiejś powagi… No dobra, do rzeczy.

Primo to koszmarne libretta. Ckliwe i smętne aż do bólu, romantyczne i uduchowione. Oczywiście – z różnym efektem, jednakże na przykład takie „Będziesz miłował”, które jest spaprane pretensjonalnym tekstem. No i cuda w stylu: „Litania do każdziutkiego na ziemi”, która nasuwa na myśl nieśmiertelnego „Maluśkiego”… Można jednak usprawiedliwić średni poziom tekstów, ostatecznie jakieś tam przesłanie – nawet nieraz głębokie, mimo grafomaństwa – ale ostatecznie nie powinienem od nikogo wymagać, żeby był drugim Mickiewiczem, Byronem, czy też Mozartem – mają… Całość grzebie jednak muzyka. Otóż Rubik – obwołany przez władze miasta Kielc i miejscowych krytyków nowym Mesjaszem muzyki klasycznej – szarpnął się na maksymalne wyeksploatowanie znanych już tematów i motywów z Golgoty Świętokrzyskiej. Mamy zatem powtórzone „Zdumienie” – co jeszcze można wybaczyć, bo jest to jeden ze znośniejszych kawałków na albumie – i motywy, które przywodzą na myśl stwierdzenie, że Tu es Petrus to odrzuty produkcyjne z poprzedniej płyty. Muzyka jest wtórna, nie wnosi nic świeżego. Łyka się ją, niczym hamburgera – można przesłuchać i zapomnieć po paru godzinach. Wyjątkiem jest znienawidzone już przeze mnie „Niech mówią, że to nie jest miłość”, które chodziło mi dobry tydzień po głowie po tym, jak ostatni raz je przesłuchałem. I nie chodzi tutaj o zarzucanie miernoty, gdyż kawałek jest sam w sobie sympatyczny i chwytliwy, ale za to rozreklamowany do niemożności. Ocena albumu byłaby może wyższa o jedno oczko, gdyby nie teledysk ujrzany przeze mnie ostatnio. Kiedy zobaczyłem coś, co kompletnie strywializowało i spaprało cały utwór, doszedłem do jednego wniosku: że gdyby Rubik i kompania mieli choć odrobinę szacunku do muzyki, którą piszą, to nie pozwoliliby na popełnienie takiego gniota.

No cóż, pozwolili (pieniądze? czy może brak lepszych pomysłów?) . I mam w związku z tym ogromny do nich żal, bo teraz już nic nie uratuje ich przed postawieniem wydawnictwu najniższej oceny. Jest wtórnie aż do bólu. I w dodatku beznadziejny teledysk. Plus może tylko taki, że się ktoś postarał o wypromowanie przestarzałych – wydawałoby się – wartości poprzez muzykę. Szkoda tylko, że nie postawił przed słuchaczem żadnych wymagań poza tym, żeby dotrwać do końca oratorium. Prostacko potraktowano muzykę klasyczną, robiąc z niej coś w pół drogi od Palestriny i Bacha do „Porgy and Bess”. Koszmar potęgowany jest poprzez fakt, że jest to ewidentna kalka „Świętokrzyskiej Golgoty”. Na ciężką cholerę serwować drugi raz to samo? Reasumując – niby ma być dla wszystkich, a jest dla mało kogo. Chyba, że dla gospodyń domowych, które chcą ckliwych tekstów i pretensjonalnej muzyki. Jak znalazł.

Rubik lepiej chyba zrobi, jeśli przebuduje warsztat od początku aż do końca, bo nie wychodzi nic poza znaną sobie stylistykę. Słaba robi się już jego muzyka, image (fryzurrrraaaa….) również kuleje w porównaniu z pewnym panem ze Szwajcarii, który obwołał siebie swego czasu drugim Mozartem. Zresztą – Lacrimosa bawi się w teatr. A tutaj jest śmiertelnie poważnie.

Jednym słowem: pała.

f!eld

PS. Podobno szykuje się już trzecia część neverending story pt. „Psałterz wrześniowy”. Strach się bać.

%d blogerów lubi to: