Przeskocz nawigację


  1. Personal Cosmos
  2. Planetary Council
  3. Someone Like You
  4. Cobolt House
  5. Still a Lot Do
  6. Sailor Song
  7. Explosion
  8. City on Fire
  9. Joy
10. Dwarf Boy
11. Cave
12. Her Little House

Ocena: 8/10

Nasi zachodni sąsiedzi nie próżnują, i muszę rzec, że niedługo będzie należało uznać Niemcy za jedną z naprawdę wielkich muzycznych stolic. Rya i jej debiutancki album „Personal Cosmos” (2003) to kolejny przykład niezwykłej deutsche wyobraźni.

Cały muzyczny układ obraca się wokół wpływów pewnej gwiazdy: Björk – da się to wyczuć zarówno w nieco (uroczo) skrzeczącym wokalu jak i wysublimowanej elektronice. Jednak wiadomo, że specyfika Islandki jest niedościgniona i Rya nie zamierza ślepo za nią podążać. Album rzeczywiście jest bardzo kosmiczny – 12 utworów to 12 osobnych światów, między którymi działa niezwykła harmonia muzycznych sfer. Poderwani w stan nieważkości nie prędko powracamy na ziemie, zważywszy również na niebanalne teksty.

Odlatujemy. Dźwięki rodem z NASA rozpoczynają posuwisty i nieco zadziorny „Personal Cosmos” – dobra wizytówka na start. Potem przyjemny „Planetary Council”, świetny za sprawą sympatycznej gitarki (i od razu odzywa się syndrom przytupującej nóżki). Gitara pojawia się tu często, warta uwagi jest zwłaszcza w „Cave” gdzie przypomina mi Depeche Mode. Są i wspaniałe głębokie przestrzenie ambientu w ciepłym „Someone Like You” oraz w „Sailor Song” gdzie „planety gromadzą się na konferencji poruszać sprawy Ziemi, tam w dole”, a dziewczyna-żeglarz wiedzie gigantyczną ekspedycję… „Still a Lot Do” to przykład jak łączyć nieco ekstremalne posunięcia z melodyjnością.

„City on Fire” to cudownie ironiczny kawałek – „hej hej, miasto, miasto płonie..” A zatem leniwie przy estradowych trąbkach (przypomina mi się Blue Cafe ;) „zbudujmy miasto z ognia„. Nie mogę nie wspomnieć też o cudownym „Dwarf Boy” gdzie zaprzęgnięto do roboty orkiestrowe smyczki, rżnące na przemian z dzwonkami i tamburynami iście krasnoludzki marsz. „Last Monday I met a Dwarf Boy, he was so harmful and so sad, I asked him: What for he was crying – he answered: For this stupid world!„… :)

Trudno zdefiniować stylowo ten album (a to duży plus) – najogólniej i nieudolnie: electronic/ambient alt-pop. Rozmaitych wpływów i smaczków tu pełno i uważam, że dokonała się tu z powodzeniem próba doskonałego eklektyzmu, a dobry eklektyzm to sukces. Są dźwięki, których chce się słuchać i słuchać, tocząc po ich orbitach, czasem gdzieś eksplodować, tudzież zahaczyć o kometę… Teraz trzeba zapolować na ostatni album „Starship” – mówię od razu, na loty z Ryą piszę się w ciemno.

Ver.

%d blogerów lubi to: