Przeskocz nawigację


  1. Ohm
  2. Domine
  3. Il a modras
  4. Mr Q
  5. Neznano
  6. Homo Carnula
  7. Plastika
  8. Tria
  9. Disco Deluxe
10. Brezokoff
11. Gnan
12. Male Roke

Ocena: 8.5/10

No dobra. Ten album został przeze mnie dosłownie wyobracany na wszystkie strony, zanim się wziąłem za recenzję. Z Rh- miałem dobre wspomnienia, także sięgając po Petroleę, oczekiwania były… cóż, poprzeczka była naprawdę wysoka.

Zanim przejdę do wymieniania plusów i minusów albumu, tytułem wstępu: Siddharta prawdopodobnie (na ile zdążyłem się zorientować), ma w Słowenii mniej więcej taką pozycję, jak u nas Coma. Różnica jest o tyle subtelna, że w necie mogę znaleźć kupę bluzgów na Comę, na Siddhartę – trochę ciężej. Nie wiem, czy to świadczy o doskonałości tej drugiej, czy też o braku elementarnego krytycyzmu u Słoweńców. Nevermind, idziemy dalej. Problem leży w tym, że widać, a raczej słychać, że angielski jest teraz językiem połowy świata. Rh- przyswajało się bez problemu, Petrolea może wzbudzać lekkie wzdęcia wskutek barier kulturowych. Cóż, przynajmniej wiem, jak się czuje obcokrajowiec słuchający Roguca & c(entralne).o(grzewanie). Nie jest za ciekawie – niektóre frazy mogą wzbudzać śmiech mimo, że piosenka do tego nie nastraja. Jednak jakoś się przełamałem i spróbowałem dać kredyt zaufania zespołowi, który już raz mnie zauroczył.

I zrobił to po raz drugi. A zatem: dynamiczne otwarcie (Ohm), dalej pociągnięcie w inteligentny sposób (czyli trochę zwolnienie tempa – Domine), ciekawie zaaranżowane Mr Q i wreszcie pierwsza balladka – Neznano. Homo Carnula niby jest spokojniejsze, ale akordy przypominają trochę na początku dark ambient, a kiedy wkracza gitara, to nie ma już pomyłki – industrial, ale inny jak Rammstein. Dalej? Singlowa Plastika (jest dobrze), folkująca Tria, potem Disco Deluxe (faktycznie elementy disco), rytmiczne, wręcz „powybijane” (znów skojarzenia z SOAD) Brezokoff, ciężkie, wręcz nu-metalowe Gnan, które nagle dostaje jeszcze kopa w postaci elementów latino i wreszcie kolejny singiel – wzruszające Male Roke (nawiasem mówiąc polecam poszukać na youtube wykonanie z Danem D, gdzie jeszcze sprzężono tę balladkę z drugim utworkiem – Voda – kompletnie nowa jakość). Petrolea to po prostu kolejny tygiel pomysłów aranżacyjnych, który kopie tyłek na starcie, a potem jeszcze potrafi przeciągnąć słuchacza przez korytarz. Może to ten słoweński (słowiański) duch, który jeszcze nie zaczął produkować plastikowej papki i tworzy coś, co last.fm klasyfikuje jako industrial rock. Dosyć jednak powiedzieć, że to, co Tomi wyczynia z wokalem, klasyfikuje go w moich oczach jako jednego z lepszych piosenkarzy (też za barwę głosu). Razem z muzyką tworzy dziwny melanż – jest tu i trochę metalu, i disco i latino. Ciut jazzu, może być i ambient i folk. Ale to wszystko jest pięknie podane.

Niby faktycznie zespół bardziej ewoluuje, niż przeprowadza rewolucję, bo album żyje z lekkim piętnem Rh- – można mu zarzucić brak dramatyzmu, jaki cechował poprzedniczkę (Male Roke na przykład nie ma takiej siły wyrazu jak Etna), ale z drugiej strony trzeba spojrzeć na technicznie wysoki poziom i fakt, że piosenki wpadają szybko w ucho i nie są tak udziwniane, jak na przykład Rooskie czy Sim Hae.

Petrolea jest albumem wręcz wyśmienitym. A raczej byłaby, gdyby nie izolacja językowa, która tylko dla wąskiej raczej grupy nie stanie się przeszkodą w odbiorze płyty (przynajmniej za pierwszym razem). A szkoda by było, bo Siddharta jest naprawdę wspaniałym zespołem. Gdzie on się jeszcze chowa…? Ósemka z połówką za tą, nazwijmy to, wtórność (choć nie jest to wtórność rzędu hmm… nasuwa mi się „The Heart of Everything” Withinów), a dla mnie 9. Ja tam oporów nie mam – płyta się wciąż kręci. Boże, ten wokal…

f!eld

%d blogerów lubi to: