Przeskocz nawigację


   1. Etterna
  2. Stone Cold Hands
  3. Bite Me
  4. La Force
  5. Mortal Life
  6. Still Not Home
  7. The Eternal
  8. Manora
  9. Tourniquet
10. Recall II
11. Bite Me (club mix)(bonus track)
12. Etterna (club mix)(bonus track)
13. Etterna (faq remix) (bonus track)

Ocena: 6.5/10

Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków i Canta’Tronic łączy wspólny mianownik o nazwie: na początku odrzuca. Album wydaje się być bardziej płaski od swojego poprzednika, głównie może dlatego, że jest pozbawiony drapieżności cechującej Music for the Lost. Etterna to po prostu elektronika z sopranistką, która się przewija przez całą płytę. Są lepsze momenty – jak właśnie Etterna, czy Recall II (Recall, tylko, że z Kerstin Doerst) i są gorsze – jak przemęczone La Force. No, ale nie można mieć wszystkiego. Szkoda tylko, że Tilo przez to staje się mniej wyraźny – tak naprawdę dobrze wypada tylko w Bite Me i w The Eternal. Tourniquet przypomina tutaj bezmyślne coverowanie VNV Nation skrzyżowane z Fasolkami. Cięgi należą się też za Bite Me – bo pomimo niezłych pomysłów i tak przypomina to przesterowane Cradle of Filth. Błe.

Album to dziwny również dlatego, że po ponownym włożeniu zaczyna jednak interesować. Etterna wzbudza pewien podziw, choć nie rusza. Stone Cold Hands atakuje depresyjnymi zagraniami… I można by tak wyliczać. Canta’Tronic nie jest bowiem albumem, który porwie na parkiet i zachwyci jakoś specjalnie, ale bardzo dobrze współpracuje z ogólnym zamysłem tworzenia czegoś innego od Lacrimosy. Choć, jak mam być szczery, wolałbym kolejną płytę spod znaku Jestera, bo tutaj ma się wrażenie niedokończenia czegoś. Płytka po prostu poprawna jak na Tilo Wolffa. Niby powyżej średniej, ale przeraża, bo brakuje tutaj jakiejś innowacji. A wsadzenie tutaj sopranu zdecydowanie nie jest czymś takim. Wychodzi nam kolejny gotyk, tym razem w konwencji electro. Ktoś niby napisał, że jest to przyszłość muzyki klasycznej – klasyka zmiksowana z elektroniką. Złośliwie dodam tylko, że Kerstin w Recall II brzmi na początku jak Sarah Jezebel Deva, co raczej gwarantuje nam szybką śmierć tego gatunku, bo klonów sztuka nie cierpi.

f!eld

%d blogerów lubi to: