Przeskocz nawigację


  1. Ite, Missa Est
  2. I Walk Alone
  3. Lost Northern Star
  4. Seeking for the Reign
  5. The Reign
  6. The Escape of the Doll
  7. My Little Phoenix
  8. Die Alive
  9. Boy and the Ghost
10. Sing for Me
11. Oasis
12. Our Great Divide
13. Sunset
14. Damned and Divine
15. Ciarán`s Well
16. Minor Heaven
17. Calling Grace

Ocena: 6.5/10

Psioczenia było co nie miara. Nighwish bez Tarji miał się stać fabryką przebojów dla nastolatek, a Tarja miała pocieszać się w swej zgryzocie fińskimi pieśniami do aniołów. Nie stało się ani jedno ani drugie. Teatr „Dark Passion Play” wypłynął z powodzeniem na szerokie wody, z Anette Olzon na dziobie, a Tarja, mając dość oleju w głowie, nagrała album stylistycznie bliski muzyce z jaką obcowała do tej pory.

Wieść o nadciągającym „My Winter Storm” zmroziła całe morze fanów, a po wydaniu pierwszego singla nastąpił pierwszy lodowy krach. „I Walk Alone” intrygował. Redakcję Trois Vierges również, zwłaszcza muzycznie – bo oto mamy do czynienia z pieśnią liryczną, w swych rozwiązaniach jednak przekorną, bo oto naszym uszom dostaje się po równo symfoniczno-metalowego posmaku i lżejszych momentów ciszy, wymieszanych srebrną łyżeczką skradającej się melodii. Otóż i właśnie, od razu słychać, że Tarja w tej muzyce jest obecna nie tylko jako instrument, a wrażenie to udziela się zwłaszcza w partiach gdzie maszyneria milknie na rzecz wokalu. Wspaniały pod tym względem jest zaśpiewany po fińsku, pół-instrumentalny „Oasis”. Dwa światy zimowej aury, ten burzliwy i ten łagodny mieszają się umiejętnie i to często w obrębie jednego utworu (np. w „Lost Northern Star” czy „Boy and the Ghost”).

Jak można się było spodziewać, Tarja jako śpiewaczka czyni mocną stroną albumu utwory liryczne. Majestatyczne jak zorza polarna „The Reign” (wraz z intro) może z powodzeniem stanowić finałowy rozdział jakiejś filmowej produkcji. Podobnie jak wspomniane „Boy and the Ghost”. A to z kolei do pary z niemniej zacnym „Sing for Me” jest dobrym przykładem chóru w roli deus ex machina. Osławione „Poison” to raczej taka landrynka (trująca ma się rozumieć) – bardziej ciekawostka; ale jako utwór Alice Coopera, który ostatnimi czasy wyszedł z szafki na bieliznę zespołu Groove Coverage nie może być pozbawiony pazura. A tego jednak całokształtowi płyty brakuje. Zaś oko się wywraca białkiem na widok 17 utworów (bez bonusa!) – nie rozumiem co ma na celu fakt odseparowania introdukcji utworów (zwłaszcza w „The Reign”, gdzie wstęp powinien być jego nieodłączną częścią).

Ostatnie trzy kawałki pozwalają nadal wierzyć w zmysł estetyczny producenta, a nawet w samą Tarję. Zwłaszcza przeciwstawne do reszty płyty, wręcz akustyczne „Calling Grace” budzi ciepłe uczucia. Gdyby tylko te lepsze utwory stały się wyrazistsze, a piosenek o kilka mniej – byłoby pięknie. Bo to co pozostaje po wysłuchaniu albumu to pozytywne wrażenie z nutą zmęczenia. Tarja więc kroczy do przodu samodzielnie, jeszcze powoli, jak po lodzie, ale „My Winter Storm” potknięciem nie jest.

Ver.

%d blogerów lubi to: