Przeskocz nawigację


  1. Storm (*Full Radio Version)
  2. Begin and End (*Full Radio Version)
  3. Storm
  4. Silence
  5. Ashes and Dreams
  6. Voices
  7. Fade
  8. Begin and End
  9. Senseless
10. Exile
11. Disintegration
12. Debris

Ocena: 3/10

Nieco trzeba było naczekać się na nowy Teatr Tragedii, już bez Liv Kristine. I mam wrażenie, że wraz nią (jakkolwiek sobie ona poczyna samopas) zespół opuścił jakiś sprzyjający duch. Teatru już tu nie ma – została tragedia…

O ile rasowych metalowców ten zespół przestał obchodzić już dawno, to jeszcze łowił sobie różnych delikwentów i nieco młodocianych gotek. Tylko tym razem gotycka dziewczynka zachwycona singlowym „Storm” (jak na jednorazową dawkę niezłym) – na płycie znajdzie 12 niemal identycznych utworów, i zła stuknie w klawisz STOP gdzieś po środku gdy zorientuje się, że właśnie drugi raz leci „Begin and End” (nie łapę pomysłu z wersjami radiowymi na start – ale na szczęście to tylko wydanie specjalne*). I od tej pory biedny recenzent z trudem posuwa się sam ku końcowi albumu by spełnić dziennikarską misję.

Z lubością powitałem powrót do stylowych lini fortepianu, to zawsze był ich atut. Nowa wokalistka Nell Sigland radzi sobie nieźle, ba, nawet bardzo dobrze i odnajduje się w tym stylu bez zarzutu. Cóż, Liv miała nieco teatralności, specyfiki. Ale muzyka, muzyka… wyszło bardzo średnio. Od trzeciego utworu zaczyna sie burza, która nie uraczy nas momentem ciszy aż do samego końca. Czy połączenie utworów w jedną wielką suitę dodało epickości? „Z tej strony raczej nie bardzo…” Straciły raczej szansę dobrego wejścia i zakończenia. W tym wszystkim są jednak dwa utwory, które zapadły średnio w pamięć – nieco bardziej stonowany „Fade” (na oficjalnej stronie typowany przez wokalistkę jako jej ulubiony kawałek ze „Storm” – dobre dziewczę, wie co dobre), jak i również końcowy „Debris”, gdzie odzywa się echo elektronicznych poczynań z „Assembly”. Cała reszta natomiast stapia się w jednolitą, średnio interesującą całość. Dawkować w małych ilościach w odstępach czasu – wtedy coś z tego może wyjdzie. No szkoda, bo muzycy mają już swoje lata i dorobek, a tu taki numer.

Burza jak burza, przychodzi i odchodzi…

Ver.

%d blogerów lubi to: