Przeskocz nawigację


  1. Mitternacht Lowe
  2. Gothic Kabbalah
  3. The Perennial Sophia
  4. The Wisdom and the Cage
  5. Son of the Staves of Time
  6. Tuna 1613
  7. Trul
  8. Close Up the Streams
  9. The Wand of Abaris
10. Three Treasures
11. The path of Arcady
12. T.O.F. – the Trinity
13. Chain of Minerva
14. The Falling Stone
15. Adulruna Rediviva

Ocena: 6/10

Niezła kabała, faktycznie. Nie wiadomo, czy gotycka, ale kabała ewidentnie. Choć, patrząc na image zespołu, co do tego gotyku można trochę stracić wątpliwości.

Jeżeli dla kogoś image rodem z Kredek i muzyka zahaczająca o power metal staje się barierą nie do przekroczenia, zwłaszcza, gdy mówić o instytucji metalu, jaką jest Therion, to lepiej, żeby się dwa razy zastanowił, zanim sięgnie po najnowszy krążek Szwedów.

No dobra, przyzwoitość każe wspomnieć, że ostatnie trzy albumy to tak mocne wejście w symfonikę, że metal stawał się nieraz dodatkiem do niej i w związku z tym Therion mógłby się dalej utopić we własnych pomysłach… to jednak, co otrzymaliśmy na Gothic Kabbalah może wywrócić dobre zdanie o zespole do góry nogami. Po co było dokonywać zwrot o 180 stopni? Jesteśmy atakowani metalowymi głosami w każdym utworze (zwłaszcza pianie w Son of the Staves of Time), chór gdzieś wywalono w tło (nieraz robi za szantującą gromadkę – jak w Trul), a operowi soliści to zdecydowanie dodatek. Więcej tu poweru, gitarowych solówek, Mattsa Levena (no, tu akurat nie pogardzę) i Snowy Shawa… Ta, zna ktoś tego pana? Dzięki niemu mamy ten kredkowy wygląd i – podobno – elementy muzyki. King Diamonda nie słuchałem aż tak bardzo, więc się tu nie wypowiem, ale efekt powala na ziemię. I to niekoniecznie pozytywnie.

Jakie zatem utwory na plus zdecydowanie? Ano… Hmm… Perennial Sophia, ze względu na swoja inność, tą pełnię therionowatości bez metalu. Jest dziwnie spokojnie, wręcz mistycznie. Poza tym The Wisdom and the Cage, które zachwyca swoim zawiesistym intrem.

I teraz mam dylemat, bo Son of the Staves of Time oskarżyłem o powermetalowość… z drugiej strony jednak to właśnie ta cecha przesądza o niezwykłości utworu – jest naprawdę nośnym hitem, niemal na miarę Cults of the Shadow z Theli. Potem długo nic… i od biedy The Wand of Abaris. Bardzo od biedy, gdyż kiedy wchodzi piejący sopran, można się przewrócić (a ręce z prędkością światła biegną do głośników). W ogóle te utwory są każdy w jakiś sposób skopane, to moje pierwsze odczucie. Na przykład w Close Up the Streams wokalistka brzmi jak żaba, w The Wand of Abaris całość ratuje refren i męski wokal, bo panie beznadziejnie sobie radzą. Podobnie za dużo power metalu w tej symfonice, bo tak naprawdę tylko jeden utwór wyszedł na tym dobrze. Całość natomiast zamyka już zdecydowanie bardziej Therionowska Adulruna Rediviva – są chrakterystyczne riffy, są chóry, jest bas o rewelacyjnym akcencie (posłuchajcie tego „O Hermes Trismegistos, Orpheus, Zarathustra”!)… jest też recytator, który wprowadza coś, co od razu kojarzy się z Rhapsody (of Fire). Ogólnie – niemiłosierny kwas na dzień dobry, bo pozostałe 10 minut jest na najwyższym poziomie.

Chociaż z drugiej strony… niby to koszmarek, niby niedopracowane i strasznie ginie w tłumie (cóż, jestem zwolennikiem tutaj akurat krótszego albumu, bo chyba byłoby lepiej…), ale wciąga po kilkukrotnym przesłuchaniu. Pewnie wina to tego, że przyzwyczailiśmy się do jednego wizerunku Bestii… co nie zmienia faktu, że jak dostanę kolejny album też na tę modłę to nie zdzierżę.

Versatis powiedział, że 7 to wciąż przyzwoita płyta jak na stany Trois Vierges. Cóż, jak na stany Theriona jest to jednak tylko płyta średnia, zatem wypadkowo damy górne stany średnie, choć czynię to z bólem. Chciałoby się więcej.

f!eld

%d blogerów lubi to: