Przeskocz nawigację

   
Lemuria
1. Typhon
2. Uthark Runa
3. Three Ships of Berik pt I: Preparing to Arms and Fighting the Battle
4. Three Ships of Berik pt II: Victory!
5. Lemuria
6. Quaetzalcoatl
7. Dreams of Swedenborg
8. An Arrow From the Sun
9. Abraxas
10. Feuer Overture (Prometheus entfesselt) 

Sirius B
1. The Blood of Kingu
2. Son of the Sun
3. The Khlysti Evangelist
4. Dark Venus Persephone
5. Kali Yuga pt I
6. Kali Yuga pt II
7. Wondrous World of Punt
8. Melek Taus
9. Call of Dagon
10. Sirius B
11. Voyage of Gurdijeff (The Fourth Way)

Ocena: Lemuria: 9/10; Sirius B: 9.5/10

Kiedy dowiedziałem się, że Therion ma wydać kolejne dwa albumy za jednym zamachem, odetchnąłem z ulgą i nastawiłem się na oczekiwanie na cuda. No cóż, Szwedzi nie potrafiliby chyba nagrać złego albumu, nawet, jakby się bardzo starali. To po prostu nie w ich stylu – spartolić sprawę. Dowiedli tego i na poprzednim albumie, dowiedli tego i wcześniej.

No i się nie zawiodłem.

Prawie. Albumy dostałyby po 10, gdyby nie po jednym utworze, który się znalazł na każdej z płyt. Ale po kolei. Zaczniemy od Lemurii:

Intro już się zapowiada rewelacyjnie. Najważniejsze to to, że Chris postanowił stanąć za mikrofonem. Jego growl w Typhon rozkręca już i tak porządny utwór w totalne piekło. Potem jest jeszcze lepiej – serwowane nam są takie wspaniałe kawałki jak heavymetalove, ale i koszmarnie przy tym ciężkie, sakralne wręcz w soim uniesieniu Uthark Runa (utwór kojarzy się od razu z Secret of the Runes – i to bardzo dobrze się kojarzy zresztą), czy przepiękna, tytułowa Lemuria. Obok tego są utwory po prostu dobre – jak Quaetzalcoatl wpadający manierą w czasy bliskie SOTR, czy też Dreams of Swedenborg, nawiązujące w stylistyce chyba najbardziej do Iron Maiden. Całość zamyka potężna trylogia – rewelacyjne An Arrow From the Sun, chyba najbardziej skomplikowany utwór na płycie, lżejsze Abraxas z udziałem naprawdę nieźle wyeksponowanej perkusji i udaną żonglerką rytmu (te przejścia!) oraz rammsteinowskie Feuer Overture. Cóż, industrial nawet tutaj musiał dotrzeć, ale za to w jakim stylu! I tylko minus w postaci Three Ships of Berik, które do ciężkiej Lemurii totalnie nie pasuje – takie wiejskie hołupce z growlem na czele. Śmiech pusty ogarnia.

Z drugiej strony, bardziej przebojowe Sirius B też się nie uchroniło wpadki, a jest nią przemęczony klon Lepaca Kliffoth, Sirius B. Medytacja, jakkolwiek w stu procentach therionowska w stylu, to jednak niezbyt tu pasuje. Reszta jest jednak bez zarzutu. Świetnie opracowane Blood of Kingu, cudowny kawał porządnego łojenia The Khlysti Evangelist (choć musiałem się trochę do niego przyzwyczajać) i deggialowa Dark Venus Persephone. Sposób, w jaki przetrawiono elektroniką wokale w refrenie jest naprawdę godny podziwu. Po Persefonie (czy, jak woleli autorzy Kij Bija – kolejnej części 48 stron – Piersifonie ;)) następuje mój absolutny faworyt na tym albumie – Kali Yuga. Najpierw jest to ciężki, o walcowatym tempie utwór, przypominający nawoływania pijanego muezina, natomiast w drugiej części przeistacza się w piekielne łojenie… Za to jakie! Piotr Wawrzeniuk, którego bardzo cenię, poradził sobie na pierwszej części gorzej od Mattsa Levena przejmującego stery w drugiej części. To, co Matts odstawia, wprawia w osłupienie. Takiego krzyku już od dawna nie słyszałem. Brawo!

Wondrous World of Punt to natomiast – podobno – pewien wyznacznik kolejnej płyty, która ma się ukazać w 2007. Ma ona być trochę bardziej progresywna, a jak patrzeć na Punt, to jest to chyba jedyny tak naprawdę odstający w stronę proga utwór. Ośmiominutowa suita zachwyca swoimi majstersztykami technicznymi, to samo cudowny Call of Dagon. Ten refren! Dobra, dość wykrzykników. Mamy w międzyczasie Melek Taus – po prostu bardzo dobry kawałek i kończący album Voyage of Gurdijeff. Ten ostatni zaczyna się, niczym soundtrack z jakiegoś filmu… i tylko się zaczyna. Za to doskonale została utrzymana równowaga między chórem a orkiestrą. Świetnie współgrają.

Opłaciło się wywalić kasę na prawie 200 muzyków i chórzystów. Efekt jest piorunujący. Sirius B sprawia na mnie wrażenie minimalnie lepsze… Gdyby wydać jeden album, to może by i była dziesiątka. Ale nie ma co gdybać. Jak na razie to Theli stanowiło kamień milowy. Lemuria i Sirius B tylko potwierdzają, że Therion wciąż zasługuje na miano króla metalu symfonicznego.

f!eld

%d blogerów lubi to: