Przeskocz nawigację


  1. Pokarekare Ana
  2. Never Say Goodbye
  3. Who Painted the Moon Black?
  4. River of Dreams
  5. Benedictus
  6. Hine e Hine
  7. Dark Waltz
  8. Amazing Grace
  9. In Trutina
10. Beat of Your Heart
11. Heaven
12. Wuthering Heights
+13. Mary Did You Know
+14. My Heart and I
+15. Across the Universe of Time

Ocena: 3/10

Nowozelandzka młoda diva Hayley Westenra – napotoczyła mi się pod klawiaturę, jako kozioł ofiarny mojej dezaprobaty wobec takich przedsięwzięć. Postaram się, być bardziej obiektywny z tejże okazji, choć to nie będzie łatwe. Mamy przykład typowej hollywoodzkiej „vierge” – iście dziewicze wokale, pół-licealne, pół-operowe; romantyczny repertuar (by uronić łezkę nieszczęśliwej miłości), znane arie (by gawiedź miała poczucie obcowania z duchami Ojców Opery) – jak też covery hitów muzyki pop. Nóż się w kieszeni otwiera… a jak mi się ten nóz wbija w udo to nie mogę siedzieć cicho.

Słodko, anielsko, w sam raz na przedświąteczne zakupy w supermarkecie, albo na soundtrack do „Mody na Sukces” – zwłaszcza „Never Say Goodbye”. Ble. Przepraszam, za jad sarkazmu, ale z dość oryginalną barwą głosu jaką posiada panna Westenra, można by zwojować wiele, gdyby zająć się sztuką a nie fabryką łzawych przebojów, w dodatku już tyle razy odgrzewanych. Na punkcie marnowania talentu jestem przeczulony. Nie chcę tu się rozwodzić na temat prawideł stworzenia doskonałego albumu, ani tyle roztaczać wizji z cyklu „100 porad dla H.Westenry”. Dlatego powiem jedynie, że pozycje takie jak dostojne „Across the Universe of Time” czy sakralne „Benedictus” (autorstwa Karla Jenkinsa), jak też nowozelandzkie hymny (np. „Pokarekare Ana” – niestety, ostatnio strasznie nadużywane przez gwiazdki muzyki crossover) wypadają w sumie nieźle. Stanowią też okazję, do odkrycia mniej znanych utworów. Tego tu jest jednak za mało. Gromy więc być może bardziej należą się producentowi niż samej wokalistce. Tendencja spadkowa poziomu takich wydawnictw jest jednak już wielokrotnie sprawdzona – czego najlepszym przykładem jest los innej młodocianej diwy Charlotte Church, która z różą w zębach trzepie firanami rzęs z okładki „Tissues and Issues”.

Dlatego niech ta recenzja będzie ku przestrodze by nie wierzyć wszystkim peanom na temat coraz to młodszych głosów, które cieszy robienie muzyki, a które nie są świadome jak bardzo krzywdzące jest ssanie kasy na ich talencie (coraz bardziej wątpliwym) przez komercyjne molochy, jak też przypinanie plakietki, z której gdy przyjdzie czas na rozeznanie i poprawę, będzie się ciężko otrząsnąć. O pozytywnych przebłyskach sceny crossover – innym razem. Póki co „Pure” jak i dorobek panny W. pocieszy jedynie młodocianych romantyków i czytelniczki harlekinów.

Ver.

%d blogerów lubi to: