Przeskocz nawigację


  1. Wildhoney
  2. Whatever That Hurts
  3. The Ar
  4. 25th Floor
  5. Gaia
  6. Visionaire
  7. Kaleidoscope
  8. Do You Dream of Me?
  9. Planets
10. A Pocket Size Sun

Ocena: 10/10

Wildhoney to dzieło niezwykłe. Tiamat bowiem tworząc ów album wyznaczył jednocześnie nowe granice dla tzw. klimatycznego (tfu!) metalu. Po siermiężnym, pełnym koszmarów Clouds, trafiliśmy prosto do onirycznej krainy, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Pierwsze, co się wysuwa na przód w wypadku tego albumu, to brak ścisłego podziału utworów. To, co mamy na liście jest tym bardziej umowne, że nie ma prawie w ogóle pauz. Wildhoney niezauważalnie nabiera coraz to cięższych elementów, by eksplodować refrenem w Whatever That Hurts, a Visionaire powoli cichnie zmieniając się w Kaleidoscope, a to, gdy nabierze trochę regularności, przekształcone zostaje w Do You Dream of Me? Co ciekawsze, cały album jest przede wszystkim senny, pełen leniwych melodii, pozbawiony praktycznie rzecz biorąc żywych kawałków. Owszem, refreny przyspieszają, jednak jest to tempo cokolwiek walcowate. Doom się łączy z elektroniką wspartą nietypowym instrumentarium i nagraniami odgłosów przyrody. Z jednej strony chciałoby się zasnąć przy tym albumie, z drugiej jest to kompletnie niemożliwe, bo wizja, którą nam prezentują muzycy jest tak spójna i przemyślana, a w dodatku tak fascynująca, że zasnąć to wstyd. Najlepiej oddawałby klimat albumu przymiotnik „deliryczny”, bo tak jest w istocie. Istne delirium tremens – wizje ulotne, szalone, chore, ekstatyczne, wzmagane przez wokal Edlunda balansujący między zwykłym śpiewem (rewelacyjna ballada Do You Dream of Me?) a prawie growlem w Whatever That Hurts i Visionaire. W tym momencie spokojne A Pocket Size Sun z gościnnymi kobiecymi recytacjami wydaje się być rewelacyjnym wytchnieniem dla zmęczonych.

Trudno mi cokolwiek jeszcze powiedzieć. Może tyle, że Wildhoney, cokolwiek poznane przeze mnie dawno temu, trafiło do odtwarzacza zaraz po przesłuchaniu podobnego albumu – Butterfly Effect Moonspella. I chociaż Butterfly urzekało swoimi pomysłami, było wspaniałą płytą, to wciąż trochę mu brakuje do Wildhoney. W wypadku bowiem Wildhoney już nie ma wrażenia, że to płyta; raczej że gigantyczny fresk, opus magnum Tiamatu, którego już nikt nie zdoła poprawić.

f!eld

%d blogerów lubi to: