Przeskocz nawigację


  1. Mercyside
  2. Sanguine Sky
  3. Open Ground
  4. The Ravens
  5. Destination Departure
  6. Down
  7. Fate
  8. Lotus
  9. Sacrilege
10. Deadlands

Ocena: 7/10

Ostatni album w rozdziale „Tristania + Vibeke”. Dziewczyna nagrała album i odeszła. Szkoda, bo była jednym z jaśniejszych punktów zespołu, choć mówić o tym, że Tristania stała tylko panią Stene, byłoby lekką przesadą. Obecny etap rozwoju zespołu zresztą potwierdza, że muzycy mają talent do dobrych melodii i do tworzenia, tfu, klimatu. Nawiasem mówiąc, klimat z płyty na płytę ewoluuje.

Jeśli ktoś pamięta moją recenzję MidwinterTears/Anginy, to pewnie kojarzy nadaną przeze mnie etykietkę industrialnego gotyku. Cóż, tutaj ten gotyk jest bardziej industrialny, głównie poprzez zimno i wyobcowanie gitar. Nie znaczy to jednak, że jest źle. Wręcz przeciwnie. Ten techniczny posmak daje się zwłaszcza odczuć w utworach, gdzie Vibeke staje się tylko dodatkiem – jak na przykład ponure Fate, czy akustyczne – a mimo to wcale nie lżejsze – zamykające płytę Deadlands. Orkiestracja tutaj znalazła swoje miejsce faktycznie w dodatku, a nie przewodzeniu, co nie znaczy, że została zdominowana. Deadlands właśnie, czy dynamiczne Sacrliege jeszcze bardziej uwydatniają przez to kunszt kompozycji. Z drugiej strony, Bogu dzięki, że już nie ma tych samodzielnych chórów rodem z World of Glass. Dawka w Beyond the Veil była wystarczająca, a tutaj jest ich jeszcze mniej (czy w zasadzie, powiedzmy, w ogóle).

Najważniejsze jednak na albumie są, moim zdaniem, otwierające go Mercyside z rewelacyjną partią Vibeke, wkręcające się w mózg ze swoim refrenem Sanguine Sky, przepiękna ballada Destination Departure (popis Vibeke… tak tęsknego głosu od dawna nie słyszałem) i leniwe, ciężkie Lotus.

Rezultat? Illumination przypomina miejscami Paradise Lost z okresu, powiedzmy, Symbol of Life (choć nie da się ukryć, że w wypadku Paradise’ów trzeba byłoby powiedzieć raczej o okresie, kiedy przestali grać stricte awangardowy death… no dobra, niech będzie Symbol of Life) – nie tylko muzycznie, ale też dzięki gościnnym wokalom frontmana Samaela. Tak, czy inaczej, ta płyta wybroni się i za parę lat, bez wrażenia, że podano nam stęchliznę. A to jest tutaj bardzo ważne. Ciekawe, czy zespół po odejściu wokalistki uciągnie ten bagaż.

f!eld

%d blogerów lubi to: