Przeskocz nawigację


  1. Mother Earth
  2. Ice Queen
  3. Our Farewell
  4. Caged
  5. The Promise
  6. Never-ending Story
  7. Deceiver Of Fools
  8. Intro
  9. Dark Wings
10. In Perfect Harmony

Bonus (Ltd Ed.):
11. Deep Within
12. The Dance
13. Restless
14. Bittersweet „B-side”

Ocena: 9/10

Zacznę od końca. Jeśli chcecie wiedzieć, jak powstała legenda, sięgnijcie po Mother Earth. To jedno zdanie najlepiej obrazuje poziom tego albumu. Na sam początek zespół serwuje nam mocne uderzenie – oba utwory, które zostały hitami list alternatywnych do tego stopnia, że można czasem je usłyszeć nawet w knajpach na imprezach, które nie są – bynajmniej – undergroundowe. Towarzystwu z Niderlandów udało się stworzyć tracący lekko kiczem album, który porywa jednak słuchacza w świat fantazji wykreowany przez teksty Sharon i muzykę zespołu.

Oczywiście, zacznę od zrzędzenia. To już chyba programowe u mnie – nie odpuszczę niczemu. No, prawie niczemu ;) Pierwszy problem to głos Sharon. Znawcy muzyki klasyfikują go jako sopran, ja bym go raczej określił jako wwiercające się w mózg pianie. Owszem, bardzo ładne pianie, jednak niekiedy kobieta robi bardziej konkurencję syrenom alarmowym (Deceiver of Fools, Caged, The Promise, Ice Queen), niż Tarji Turunen (nawiasem mówiąc – porównywanie tych dam nie ma kompletnie sensu – śpiewają w gruncie rzeczy co innego, a rezultat jest taki, ze łączy je zasadniczo jedynie płeć). Czasem z kolei jest tak słodko, że aż nie da się tego wytrzymać (In Perfect Harmony). Ogólnie rzecz biorąc Sharon jest jednocześnie najmocniejszym i najsłabszym punktem zespołu. Świetnie śpiewa (zero fałszu!), umie porwać publiczność na koncertach, ale image jest bardziej kiczowaty, niż u panstwa z Lacrimosy (Sharon to jedyna znana mi wokalistka, która biegała ze sztucznymi skrzydłami na scenie i robiła jumpy w rytm granej muzyki w balowych sukniach…).

No, ale to tak na marginesie. Jak kogoś pianie nie odrzuci, to odkryje całkiem ładne i porządne aranżacje – obok tych najbardziej wyeksploatowanych w moim rankingu przodują The Promise z rozbrajającym refrenem i przepiękna ballada Never-ending Story. Całkiem nieźle sprawdza się też Dark Wings z naprawdę porywającym refrenem. Krecha natomiast należy się za In Perfect Harmony, które w swojej słodyczy i kiczu zostało dopiero przebite przez Angels na Silent Force. Istny miód. W uszach.

Jeżeli ktoś trafi na płytkę z zieloną okładką i bardziej brązowym afro Sharon ;), to znaczy, że trzyma w łapkach edycję limitowaną. Tym bardziej brać! Dwa – chyba najlepsze – kawałki z Enter w wersji koncertowej (z miażdżącym growlem) i piękne Bittersweet… Nic, tylko słuchać. Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości – powtarzam: dla naszej strefy klimatycznej większy wpływ na underground wywarło Within Temptation z jego Mother Earth, niż Nightwish i Wishmaster (choćby ze względu na umiejętne wypromowanie się). No i jest to chyba najlepszy dowód na to, że można nagrać wspaniały album z dużym budżetem ;)

Tylko czemu ta Sharon na teledyskach się wygina, jakby miała konwulsje?

f!eld

%d blogerów lubi to: