Przeskocz nawigację

  1. Useless Thing
  2. Shattered
  3. Fades into Day
  4. 74 Willows
  5. How Can I Love You
  6. The Butterfly
  7. Dirty Mind
  8. Media Whore
  9. Dance Until Dawn
10. All the Time
11. The March
12. Na Connerys

Ocena: 8/10

Dla amatorów irlandzkich klimatów znad klifów Moher, którzy zakochali się w debiutanckim albumie Emer Kenny, „Fades into Day” było przykrym rozczarowaniem. Przynajmniej dla tych, którzy nie mogli ścierpieć okładki, nadmiaru angielskich tekstów o sprawach dzisiejszego kalendarza i popowego wydźwięku piosenek jakie postanowiła, świadomie i przezornie, nagrać Emer. Owszem, jest to pop, ale pop jakiego jeszcze nie słyszano.

Co się stało z kobietą-harfą? Po słusznym wtargnięciu w świat muzyki irlandzkiej galopującymi reelami, dawnymi pieśniami w mowie gaelige i bardziej atmosferycznymi coverami popularnych piosenek, Emer Kenny postawiła na konsekwencję, ale w zupełnie nowym stylu. Nikły sukces tak po folkowej jak i popularnej stronie barykady protestujących słuchaczy świadczy, że jednoznaczne zaszufladkowanie zawartości płyty „Fades into Day” jest niemożliwe.

„Useless Thing” – pierwszy singiel-dżingiel i niech ktoś tylko ośmieli się krzyknąć „The Corrs!” – orkiestrowe smyki (a nie irlandzkie fidle) i eteryczny, jakby szeptany wokal to nie to czego można się spodziewać po Andrei i spółce czy po Sinéad O’Connor. Słoneczny klimat i skoczny rytm jeszcze myli, ale podczas kaskad harf i kołyszących skrzypiec w połowie utworu coś chwyta i wciąga. W tytułowym kawałku uświadamiamy sobie, że gitary i perkusja radzą sobie z koncertowym rozmachem, a harfa wcale nie milknie. W nieco żartobliwej i cynicznej scenerii 74 Wierzb, przyrządzonych à la Sigsworth, pojąć można całą prawdę o tej płycie (już na półmetku) – nowoczesna produkcja, której nie trzeba zawdzięczać głośnym magikom popkultury i misterne inkrustacje folkową paletą szeroką jak stąd do Galway, windują Emer Kenny na pozycję przekornej i niezatapialnej wróżki muzyki irlandzkiej, której talentu z nawiązką wystarcza, by wyczarować z muzyki bliskiej echom Nory Jones, Enyi, Sinéad O’Connor i Williama Orbita własną, nową jakość.

Instrumentalny „The Butterfly” stawia nas pod murem naprzeciw elektronicznej żaby, mglista melodia układa się z kropel harfy, czasem załomocze fortepian, a hipnoza irlandzkiego fletu zostaje podkreślona wirującym w okół naszej głowy motylem bębnów bodhrán – w końcu i wzdycha nam sama Emer. Trzeba mieć tu uszy szeroko otwarte – jak to we mgle (a czeka jeszcze druga instrumentalna wędrówka „The March”). Komercyjna koniunktura wyśmiana zostaje w „Media Whore” (lepiej nie cytować, komu się oberwało) i znów dwa eteryczne hity herbu skrzypce-harfa: całonocny cień „Dance Until Dawn” rozjaśniony dudami uillean i „All the Time” skaczące ping-pongiem i skrzypkami pizzicato po basowych gitarach. Finał jest zjawiskowy, a wręcz kosmiczny – ambient świtu „Na Connerys” to sceneria przybycia wygnańców do brzegów Nowej Walii. Takiego potraktowania pieśni tradycyjnej chyba nikt się nie spodziewał.

Zaprawdę powiadam, dreszcz mnie przechodzi na myśl, że przy pierwszym kontakcie gotów byłem odpuścić sobie dalszą znajomość z Emer Kenny – o mały włos – a wówczas półka ulubionych płyt długo musiałaby pozostać uboższa o „Fades into Day”. Pop może być alchemiczny, irlandzki pop jakiego jeszcze nie słyszano.

Ver.

One Comment

    • moriarty
    • Posted 19 listopada, 2009 at 1:00 pm
    • Permalink

    Musze znowu zdobyc te plyte, bo nie moge jej znalezc, a mam niesamowita chetke na „Fades..”


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: