Przeskocz nawigację

  1. The Isle of Dreaming
  2. Andalusia
  3. Voices of My People
  4. The Phoenix
  5. Kate Counts Eight
  6. Sea of Silence
  7. Mystic Warrior
  8. Planxty Almblade-Cruso
  9. Beloved

Ocena: 8/10

Już od pierwszych dźwięków „The Isle of Dreaming” Kate Price można być pewnym, że ma się do czynienia z twórczością jedyną w swoim rodzaju: gitara i tajemniczy dźwięk skandynawskiej nyckelharpy na wstępnie splatają ze sobą dwa odległe światy. Nim zdążą się one ułożyć w jednolity obraz, niczym mgła nad wrzosowiskiem, pojawia się głos Kate Price. Można by powiedzieć, że to tak często odwiedzana w świecie współczesnego neofolku Irlandia, ale znów tajemnicza dłoń dorzuca inny specyfik – cymbały strunowe, które to okazują się podstawowym składnikiem i wehikułem opowieści i muzyki Kate Price – nagle gdzieś w połowie utworu, celtycki pejzaż staje w ogniu, wszystkie ingrediencje wchodzą w syntezę i zaczynają galopować w pogoni zaklętego kręgu. Kontakt z rzeczywistością się urywa.

Namacalność i intensywność spotkania z wielokulturowym tyglem jednak nie słabnie, bo oto instrumentalna „Andalusia” demonstruje ukryty gdzieś między chłodnymi frazami fletu temperament. Dziw, że taki utwór może okazać się jedynie wstępem. 10-minutowa wędrówka z cygańsko-bałkańską balladą „Voices of My People” to, poza utworem tytułowym, główny odcinek pierwszej połowy płyty lecz jeśli ktoś zgubił się gdzieś za taborem głosów, to nic – jest jeszcze „The Phoenix” – któremu bliżej do średniowiecznych tańców Estampie niż dzienników z podróży Loreeny McKennitt. A to dopiero połowa drogi.

Często przyrównywana do Loreeny, Kate podąża muzycznie nieco inną drogą. Częściej bawi w okolicy Bałkanów, nie unika rdzennie amerykańskich inspiracji, a w przekazie wędruje pod rękę z ludowością częściej niż z mistycyzmem i literaturą. Jednakże pierwszą grupą ludzi do których można zaadresować tę muzykę są właśnie miłośnicy Loreeny, Hevii, Clannadu czy nawet Bregovicia, ale sądzę, że nie trzeba być ich wielkim fanem by docenić wirtuozerię Kate Price w tkaniu wielobarwnego dźwiękowego gobelinu.

Podczas gdy beztroskie „Kate Counts Eight” i kolejna opowieść „Sea of Silence” prezentują struny cymbałów jako dystans koronny artystki w dwóch różnych odsłonach, to „Mystic Warrior” z pierwszoplanową gitarą jest wspaniałym przykładem finezji w poruszaniu się nie dość, że w różnych konwencjach to jeszcze na powierzchni porywających pomysłów i przy użyciu niewielu środków. Zakończenie to też nie lada przysmak, chociaż bardziej stonowany – przez melancholijny instrumental „Planxty Almlbade-Cruso”, na pogodnej balladzie „Beloved” skończywszy.

Łatwo sobie wziąć do serca personalne porównania, łatwo o sytuację w której jedni malkontenci stwierdzą, że to już było, a inni, że nazbyt odstające od zdrętwiałych oczekiwań – ale naprawdę nie sposób doszukać się tutaj jakiegokolwiek błędu w sztuce. Niezwykłe brzmienie instrumentu, rozpoznawalny głos, talent, inteligencja i swoboda w korzystaniu z folkowej palety możliwości już dawno uplasowały Kate Price wysoko wśród dam współczesnej muzyki świata.

Ver.

%d blogerów lubi to: