Przeskocz nawigację

  1. Noisy Awareness
  2. Lie to Me
  3. The Art of Dreaming
  4. Coloured
  5. Naked Eyes
  6. Angeldaemon
  7. Tyberi Folla
  8. Son of Venus (Danny’s Song)
  9. Lullaby
10. Pi
11. Inverted Mirrors of Decay

Ocena: 6/10

Rya zaginęła w kosmosie swych opowieści. Ni widu ni słychu. Lecz ni stąd ni zowąd, Ophelia Dax z kapeli Jesus on Extasy przeistacza się w pokutnicę spowiedzi przy klawiaturze fortepianu – Leandrę, by przekazać raport z pobytu w znacznie bardziej mrocznym, choć bliskim Ryi universum. Jak przystało na dyktaturę nowego alter ego, stworzono zupełnie nową osobowość, nową historię, wszystko co nie przystawało do postaci Leandry, wymazano w dzienniku i w pamięci jedenastoma dawkami Metamorfiny.

Pierwsza strzykawka muzyki w uzależnionych od mrocznego synth-popu wywołuje letarg. „Noisy Awareness” spada deszczem fortepianu i cienistych modulacji. Jest przerażająco epickie, jego dramatyzm osacza: Leandra woła w noc, adresując wersety „In the rainy summer nights, you’re making me nervous” do fanatycznego admiratora. Później „Lullaby” pogrąża nas jeszcze głębiej w ciemności; koszmar, z którego nie można się wydostać najpierw schodzi niewinnie po klawiszach i cymbałkach by na dnie rozszarpać gitarami i perkusją. „Lie to Me” reprezentuje ten sam koloryt, ale już w kształcie bardziej radiowym, któremu wtóruje duet ze Svenem Friedrichem – „The Art of Dreaming” (coś dla fanów Ville Vallo).

Narkotyczne doznania na tym się nie kończą, bo jeśli nawet dwa inne utwory mają już niezbywalny charakter psychodelicznej baśni, to i tak nie można nie odczuć w nich nuty gwiezdnej ekstazy. Chodzi o „Coloured” i „Tyberi Folla”. To pierwsze, mimo rozpamiętywania osobistej straty skupia się na blaskach czasów twórczej symbiozy i mimo żalu mieni się niczym mgławica. „Tyberi Folla” to, cytując Leandrę: „rozmowa dwóch bytów astralnych na temat tekstury powietrza”, wobec której jedynym wyjściem było stworzyć nowy ekspresyjny język.

Niestety, ten wyrazisty charakter i emocje w niektórych utworach, w zasadzie we wszystkich pozostałych (wyłączając „Pi”) się chwieją i rozmywają. „Naked Eyes”, „Son of Venus” czy nawet „Angeldaemon” z popisami na klawiszach zostają jakby w tyle. Wkrada się też odrobina pozerstwa (częsta przypadłość, gdy chce się nazbyt teatralnie podkreślić graną rolę), która przejawia się w leksykalnie przekoloryzowanych tekstach bądź nieco plastikowej elektronice i dziwaczejącym wokalu. Orbita lotu ciąży wówczas w stronę gotyckiego kiczu.

Dlatego po wstępnych wrażeniach, album po przesłuchaniu ląduje w doku poniżej oczekiwań. Na plus idzie mu przedestylowanie kombinatu negatywnych emocji w oryginalny specyfik (projektów darkwave działających na formule gwiezdnej męczennicy przy fortepianie nie jest znowu aż tak wiele). Na minus zaś, wspomniane przegięcia i ostentacje. Choć pogrążeni w dołkach i imou przymkną na to oko, to motto „are you suffering?” działa lepiej w rękach Emilie Autumn. Jednak dla kilku utworów i widoków warto się „Metamorphiną” dziabnąć. Najwyżej będzie to pierwszy i ostatni raz.

Ver.

%d blogerów lubi to: