Przeskocz nawigację

  1. Parasol
  2. Lonely Side of the Moon
  3. Modern Man, Pt. I & II
  4. Compatriots
  5. The Rose
  6. Hear Me Out
  7. The ‚Disarm’ Suite

.

Ocena: 9/10

Dwa lata temu pisaliśmy o drugim albumie Sary Slean „Day One” – odkryciu niebywałym, a zupełnie niepopularnym wówczas w kraju. Dzisiaj wysokie noty zostaną postawione kolejnemu dokonaniu Baronowej Slean – i nie jest to wydany w międzyczasie album „The Baroness”, a epka… i wbrew tytułowi nie chodzi tu o dekoracyjną kosmetykę.

Sarah Slean, kompozytorka, poetka i malarka, na „The Baroness” zmieniła nieco dotychczasową filozofię i zastąpiła kolorowe dekoracje salonów rodem ze złotej epoki amerykańskiego kina na sztafaż metropolii Paryża, i wcale nie siliła się na przebrzmiałe sentymenty – album w treści i wyrazie był nowoczesny. Do tego stopnia, że wielu zatęskniło, za klimatem gorzkiego soirée z głosem ekstrawaganckiej aktorki srebrnego ekranu. Tymczasem, jakże świadomym z jej strony to było krokiem. Bo oto oddestylowane z sesji nagraniowej utwory, wydano w formie „The Baroness Redecorates”, i proszę uwierzyć, to właśnie owa butelka najlepszego wina jakie jednak artystka skradła z Montmertre’u by delektować się nim w swych kanadyjskich apartamentach.

Fortepian i kwartet smyczkowy wystarczają by by scenografia zmieniała się wraz z raz ciętymi, raz wzruszającymi poetyckimi frazami. Wstęp, czyli „O Virginia! We didn’t know you had it in ya!” to kabaret – zostajemy na miejscu zastrzeleni z parasola. Potem sceneria przygasa, „Lonely Side of the Moon” oraz mniej introwertyczna i poważniejsza refleksja nad losem człowieka samotnego – „Modern Man” to utwory o cierpkim wydźwięku (mimo poetyckiej scenerii). Następnie rusza genialny walc „Compatriots” z ironiczną posypką gorzkiej czekolady (a może to szkło z okien paryskiej kamienicy).

„The Rose” jest niczym jasny poranek po wodewilach ze współrodakami na obczyźnie – idealnie uplasowane wytchnienie po „Compatriots” a wstęp do apogeum subtelnej dynamiki tego wydawnictwa – „Hear Me Out” to napięcie i finezja w odcieniach przebaczenia. Katharsis gwarantuje jednak finał. Tu głos Sary milknie i pozwala przemówić instrumentom – zostajemy sami z widokiem łez i świeczki gasnącej na scenie. Nim jednak kurtyna tego niemego filmu opadnie, zdążymy przejść przez ogień. „The Disarm Suite” to dojmująca aura dramatycznej rezygnacji. Szok dla tych co oczekiwali happy endu.

Kiedy niejedna artystka nie odmówiłaby sobie upiększenia albumu ekskluzywnym smakiem artystycznej bohemy, Sarah Slean odstawiła je na bok, dała przestrzeń i przemieniła w dawkę muzyki wykwintnej i wyrafinowanej. Co więcej, drzwiczki kredensu z owym specjałem uchyliła jedynie na oficjalnej stronie i to w trybie limitowanym. Tak liryczna, malarska i czytelna kreacja świata w piosence to teatr dla ucha najwyższej klasy. Perła.

Ver.

%d blogerów lubi to: