Przeskocz nawigację

  1. And Winter Came…
  2. Journey of the Angels
  3. White Is in the Winter Night
  4. O Come, O Come, Emmanuel
  5. Trains and Winter Rains
  6. Dreams Are More Precious
  7. Last Time by Moonlight
  8. One Toy Soldier
  9. Stars and Midnight Blue
10. The Spirit of Christmas Past
11. My! My! Time Flies!
12. Oíche Chiúin (Chorale)

Ocena: 6/10

Zaczęło się od świątecznej epki w 2006 roku, która niczym muzyczna pocztówka z Aigle Studio zawierała 4 nowe autorskie kolędy i medialnie dopowiedziane post scriptum, jakoby Enya szykowała się do wydania albumu świątecznego w 2007 roku. Oczywiście na święta 2007 powiało echo niedotrzymanego słowa, ale za to w rok później wydano w końcu „And Winter Came…” – jedną ze słabszych płyt w dorobku Irlandki. Chociaż, jak zwykle, pojawia się pewne „ale…”

Oczekiwania nie były wygórowane, bo czegóż można się spodziewać po albumie, siłą rzeczy, sezonowym – z pewnością nie muzycznych postępów i nadmiaru autorskiego materiału – a jednak w tej kwestii wywiązano się z zadania obronną ręką. Nie dość, że na krążku nie zdublowano świątecznej epki, to jeszcze stosunek nowych utworów do coverów wyniósł 10:2 co uczyniło „And Winter Came…” pełnoprawnym albumem Enyi osadzonym w sceneriach zimowych tak dla oka jak i dla duszy. Skąd zatem ambiwalencja i niedosyt?

O ile zawsze wmawiano Enyi, bardziej lub mniej słusznie, przesadną zachowawczość, tak tym razem, przed zarzutem tendencyjnej aranżacji album naprawdę nie jest w stanie się obronić. Podobnie rzecz ma się z liryką. Źle się dzieje pod piórem Romy Ryan. Jeszcze niedawno, można było się usprawiedliwiać, że tekst w tej muzyce to jedynie iskra zapłonowa kołyszących się obrazów, tymczasem, zapodana na albumie zimowa rymowanka staje się uporczywie przewidywalna i płytka. Co prawda wielu popadło w dożywotnią admirację muzyką Enyi w dzieciństwie, a święta przynoszą wspomnienia szczenięcych lat w świetle choinki, ale stylizowane na dziecięce piosenki „One Toy Soldier” i „White Is in the Winter Night”, zwłaszcza w warstwie tekstowej, mogą irytować infantylną aurą: „holidays are here again” – ludzie, trzymajcie mnie. Oczywiście, od reguły są wyjątki, ale o nich później. Fakt ogrzewania dawnych utworów już przemilczę, bo tylko jedna osoba na tysiąc zauważy, że klamra albumu – instrumentalny pejzaż i znana kolęda to żadne nowości, ale to niechybnie i niechlubnie naznacza album symptomem wtórności.

Jednak porażka na całej lini Enyi nie grozi. O dziwo, to w kręgach sceptyków album doceniono bardziej niż pod strzechami długoletnich fanów. Może to jakiś wigilijny czar? – chociaż, na dobrą sprawę, każdy jeden album Enyi nadaje się idealnie na zimę – albo to wynik innego podejścia nowego pokolenia słuchaczy, bowiem jest co docenić. Wokalnie jest to chyba najdojrzalszy album Enyi. Z nadmiaru chórów ustąpiono jakiś czas temu, a wyeksponowany głos brzmi zadziwiająco świeżo i żywo jak nigdy wcześniej. Można „Stars and Midnight Blue” określić mianem harlekina, ale sopranowa hiperbola w bridge’u ledwie naznaczona kosmicznym echem doprowadza swymi wersetami do łez. Bez dwóch zdań „The Spirit of Christmas Past” nie jest popisem pomysłowości, ale znów – wokalizowane refreny sprawiają, że cofamy się z prędkością dźwięku w zamierzchły sepiowy sen minionych wzruszeń. Nie sposób nie psioczyć na aranżacyjne konwenanse, ale również nie można zaprzeczyć, że Enya nadal pisze najgenialniejsze melodie. „Last Time by Moonlight” to wielki mały sen nocy zimowej, enya-song par excellence, pod żadnym względem nowa, ale pod każdym wspaniała. Od jej bluesowych smaczków tylko krok do beatlesowskiego bujania w „My! My! Time Flies!” – elektryczna gitara naprawdę działa ożywczo. Już nawet tekstowa mierność „Trains and Winter Rains” przycicha wobec mieszanki perkusji, zjaw katedralnych chórów i rytmiki wielkomiejskich kolei jakie serwuje ten pierwszy singiel – nagle kontrasty stają się słuszne.

Szkoda tylko, że z niekonsekwentnym dawkowaniem tych kontrastów i zbyt ostrożnych innowacji musimy użerać się już od dłuższego czasu. Może rzeczywiście trzeba być ślepym na pewne sprawy by w pełni pieścić się białą bezą z poziomkową polewą jaką widać na okładce. Jednak porzucając stereotypowe uprzedzenia, można dotrzeć do krystalicznie czystej esencji. Tymczasem właśnie stare, nowe, fascynujące i mdłe nadal się przeplata. Miejmy nadzieję, że to nie będzie węzeł gordyjski na paczce z wyczekiwanym od lat prezentem.

Ver.

%d blogerów lubi to: