Przeskocz nawigację

  1. Redemption (Caccini: Ave Maria)
  2. Sunset Drive (Vivaldi: Spring / The Four Seasons)
  3. Arising Force (Verdi: Nabucco)
  4. The Chosen Path (Verdi: La Forza del Destino)
  5. Ritus Pacis (Bach: Concerto No.4)
  6. Adagietto (Mahler: 5th Symphony)
  7. Dark Wonders (Händel: Sarabande + Ombra Mai Fu)
  8. Wind of Hope (Vivaldi: Winter / The Four Seasons)
  9. Sombre Day (Levi)
10. Adagio for Strings (Barber)

Ocena: 1/10

Eric Levi stracił talent. Parodia. Wydawany cichaczem „Reborn” z zeszłego roku, jeszcze dobrze nie zdążył się zdegradować w glebie na działce pani Ziuty, a Era (czy w ogóle to jeszcze Era?) znów po cichu wyskakuje na sklepowe półki z nowym albumem, na który Levi nawet jednej nowej nuty nie napisał (a co bądź jeszcze po drodze zespuł, ale o tym później).

Jak zarobić, aby się nie narobić. Cytując Eltona, czy innego Sir angielskiej muzyki: „jeśli nie wiesz co napisać, napisz hymn”. Jednak w takim wypadku trzeba komponować – kupić zamek w Prowansji, zaszyć się w komnacie, i trzeba pisać. Zatem Eric Levi ulepsza formułę: „jeśli nie wiesz co napisać, pożycz sobie od kogoś hymn”, najlepiej od złotą głoską wspominanych nazwisk muzyki klasycznej. Gdyby nie było to tak boleśnie ostentacyjne posunięcie, istniałaby szansa, że ten pomysł muzykę Ery jakoś uświęci (a przynajmniej uświetni). Tymczasem, gdy od „The Mass”, wydaje się, że nie może być gorzej, co album, okazuje się, że może.

Era, ta dawna Era sprzed dziesięciu lat, z zastępem solistów, z pełnym pomysłów Levim, z poparciem współproducentów i na fali uznania, z utworami Haendla, Verdiego i Bacha zrobiłaby cuda – jestem o tym przekonany. Ma się wrażenie, że wszystko tutaj zrzucono na biednego Guya Protheroe i jego English Chamber Choir, bo Levi miał ważniejsze sprawy na głowie. Te dziesięć utworów to przykład muzycznej manufaktury najgorszego konceptualnego sortu – obowiązkowe składniki to likierowe smyczki (żeby było słodko), chór (starający się wydostać z kościelnych ławek z marnym efektem), KOTŁY (tu bach, tam łubudu – żeby było majestatycznie) i… na dobrą sprawę tyle. Nie usłyszymy tu żadnego ze znamienitych głosów Ery. Już nawet Lena Jinnegren podarła kontrakt w cholerę, rekrutowano więc tenora z szeregów chóru ECC. Miejscami zapodano standardowe perkusje i gitary – jedyny suwenir tego czym projekt stał w swym zaraniu. Co dostajemy?

Dostajemy piękne melodie klasyków, ale na Jowisza! – nie będziemy przecież dawać płycie medali należnych Cacciniemu i Mahlerowi. Zostaje jedynie zmierzyć się z koszmarem tego jak je podano. Monotonne i ubogie aranżacje przyprawiają o mdłości. Selekcja materiału ma na celu bardziej granie na uczuciach i rozpoznawalność niż jakikolwiek merytoryczny wkład w doczesne interpretacje czy szerzenie ich sławy. Natomiast zupełnie rubikowo się robi gdy dochodzimy do „Ritus Pacis” – za wyjaśnienie niech wystarczy francuski komentarz z youtube: „słyszę papieża Jana Pawła II – czy to normalne?”. Owa wpadka, wraz z odgrzewanym pół tonu wyżej autorskim „Sombre Day” (gdzie nawet smyczki zawodzą jak moherowe berety), przybiera kształt jakiejś przeklętej kpiny.

Niedbalstwo, desperackie poszukiwanie zarobku, brak pomysłów, profanacja. Jedyne co mi się niezmiennie podoba to oprawa graficzna pani Berthelot – echo tego ile śnieżnego, mroźnego powiewu mogłaby Era dostarczyć gdyby jej sternik nie zaprzedał duszy diabłu. Zaś ta biel po przesłuchaniu płyty zostawia wrażenie jakby się kredy centralnie przez uszy najadło. Parodia.

Ver.

One Trackback/Pingback

  1. By Podsumowując 2009 « Trois Vierges on 30 Gru 2009 at 3:32 pm

    […] Wtopa roku: eRa – “Classics” […]

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: