Przeskocz nawigację

Jako, że mamy praktycznie rok 2009 za pasem, czas na drobne podsumowania…

…i statystyki. W tym momencie moja kolej, zatem trochę pogrzebię w maszynowni i przypomnę kilka faktów:

1. W tym roku przenieśliśmy się na wordpress. I chwała Panu, bo przynajmniej da się normalnie pracować ;)

2. W tym roku pojawiło się raptem niewiele więcej niż 50 wpisów. Cóż, nie było za dużo czasu – przenosiny… a i nie było co recenzować. Po przenosinach na wordpress jednak statystyki niezbyt są zachęcające (ale o nich zaraz).

3. Uruchomiliśmy niejakie Imaginarium of Dr Parnassus (ta, wiadomo do jakiego filmu pijemy) – miniprzewodnik po świecie dźwięków. Na razie bazgrzę się przy tym ja, ale Versatis – daj Bóg, też coś spłodzi wkrótce.

Czyli: powolutku, powolutku, ale jakoś tam idzie… ;)

A teraz już właściwe prywatne (czyli moje) podsumowanie roku, czyli…

Wtopa roku: eRa – „Classics”


Jednogłośnie obwołane przeze mnie i przez V. największym badziewiem „Classics” eRy jasno pokazuje, czym nie powinien być koniunkturalizm – płycizną muzyczną i kombinowaniem przy dobrych utworach. A już zdecydowanie zakazane winno być wydawanie po raz n-ty tego samego. Taka popelina może się podobać, ale chyba tylko fanom Rubika.

Zawody roku: Lacrimosa „Sehnsucht”, Siddharta „Saga”, Theatre of Tragedy „Forever Is The World”


Wszystkie trzy albumy cechuje miałkość, zgranie pomysłów i przekombinowanie. Jak to się mówi – lepsze jest wrogiem gorszego. Zawód tym większy, że cała trójka to grupy mające już pokaźny staż (najmłodsza Siddharta niedawno obchodziła dziesiąte urodziny) i serię naprawdę dobrych płyt. Na pocieszenie: trzy znośne kawałki (ale nie tylko single, coby się nie przejadło ;)).

Pozytywy roku: Diablo Swing Orchestra „Sing Along Songs For The Damned & Delirious”, Florence & the Machine „Lungs”, Madonna „Celebration” (singiel), Nachtmahr „Alle Lust will ewigkeit”, Sting „If On A Winter’s Night…”

Z tej czwórki raptem do tej pory recenzji doczekała się Florka wraz ze Stingiem, ale nic straconego – DSO pokazało, że udany debiut można rozwinąć i drugi album przypomina Dresden Dolls w wersji ekstremalnej, Florence objawiła się jako miks Loreeny McKennit i Tori Amos na haju, Sting pokazał klasę i inwencję, a Nachtmahr powinno być lekcją dla Tilo Wolffa, jak stworzyć dobre dark electro. Oddzielną sprawą jest „Celebration” Madonny, które pokazuje że królowa popu wciąż ma dobre pomysły…
…i wie jak je realizować. Daj Boże, żeby planowany na koniec nadchodzącego roku album dorównał co najmniej „Confessions on a Dance Floor”. Jak nie „Erotice”.

Debiut roku: Lady GaGa


Tak, wiem jak to brzmi. Dziwnie, prawda? Zasługą jednak trzeba przyznać, że każdy wydany singiel (a było ich multum) okazywał się przebojem, teledyski powalały wysmakowanym balansowaniem na granicy kiczu, a teksty… cóż, dawno nie było w popie tekstów zaangażowanych. A wszystko oprawione w typowy dance zmiksowany z mniej typowymi zagraniami. Miejmy nadzieję, że GaGa nie okaże się być tylko sezonową gwiazdką, bo szkoda byłoby narzekać na następców „Poker Face”, „Paparazzi” i „Bad Romance”. (Prywatnie z Versatisem czekamy na duet z Mansonem :P).

Co prawda „The Fame” dostałoby u nas spokojnie ósemkę, może nawet dziewiątkę (o dziesiątkę miałaby się szanse otrzeć reedycja), ale woleliśmy nie doprowadzać was do zawału…

Gratis: kiepskiej jakości (cóż…) „Paparazzi” na MTV, gdzie panna pokazuje, że nie bez kozery nazywa się ją drugą Madonną:

Wyróżnienie: Epica „Design Your Universe”


Słowem komentarza lead do artykułu: Trzeba przyznać, że Design Your Universe to następca nie byle jaki. Nie dość, że ciężar oczekiwań był duży, nie dość, że Divine Conspiracy pozostawiło przeświadczenie, że zespół zbliża się do pewnej bariery, której – być może – nie będzie w stanie przekroczyć, to jeszcze nadzieje były podsycane różnymi wyrywkami z prac w studio.

Udało się. Album zmiażdżył, a kompozycyjnie jest równie zawirowany co album roku, czyli…

Album roku: Helium Vola „Fur euch, die Ihr liebt”


Mało będzie słów, by opisać ten fenomen. Ernst Horn z każdą płytą HV podnosi sobie poprzeczkę i nie poprzestaje na eksperymentach. Co prawda, gdy o FEDIL chodziły jeszcze tylko plotki, z Versatisem byliśmy przerażeni tytułem „Kosmonaut” (który gdzieś diabli wzięli – epka?), ale i tak potem się wszystko zgrabnie połączyło. Nawet Manifest Komunistyczny i Carmina Burana w „Manifesto”. Palce lizać.

I cztery kontrastowe utwory:

A Wy? Jak chcielibyście, żeby TV się rozwijało? :) Dzięki za kolejny rok z nami – w przyszłym roku nasze piąte urodziny :)

2 Comments

    • versatis
    • Posted 31 grudnia, 2009 at 11:58 am
    • Permalink

    Ha, w tym roku byliśmy z f!eldem wyjątkowo zgodni co do zestawienia, a przynajmniej w stosunku do jego koronnych punktów.

    Ze swojej półki do strefy pozytywnych zjawisk zaliczyć muszę jeszcze kilka pozycji – przede wszystkim nową, odmienioną Frenchwoman in New York, czyli metropolitalne wcielenie Emilie Simon – „The Big Machine” – o którym będzie tu jeszcze słychać. Nie mogę pominąć też ogółu wyładowań twórczych Gaby Kulki czy to samopas, czy pod rękę z Konradem Kuczem, lub między koncertową radosną hałastrą innych osobowości i osobistości.

    Inne plusy i strzałki wzwyż widniejące w kapowniku już pominę, bo zrobiłby się tu niepotrzebny festiwal – co ma wisieć, nie utonie i prędzej czy później pojawi się na tapecie 3vierges, której życzyłbym, by bardziej zmobilizowała dowodzącą załogę do zawyżenia przyszłorocznych statystyk strony, nie koniecznie ilościowych. ;>

  1. ale tutaj rozbrykanie stylowe, między lady gagą a epicą, sting. czekam na nowe posty.


Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: