Przeskocz nawigację

  1. Flame and Vision
  2. Sapientiae
  3. O Tu Illustrata
  4. Et Ideo
  5. Viridissima
  6. Battle and Aftermath
  7. Gloria Patri
  8. Lux Vivens
  9. Deus Enim
10. Clarissima
11. Orzchis
12. Caritas
13. Kyrie
14. Hodie
15. Alleluia


Ocena: 9/10

Nie mogło się stać inaczej. Im głębiej schodzę myślą między tajemny trójkąt Montgomery / Lynch / Hildegard von Bingen, tym bardziej staje się jasne, że wejście w kontakt z „Lux Vivens” nie mogło być niczym innym jak gromem z jasnego nieba. Za tą wyświechtaną metaforą, kryje się samiuśka prawda, wrażenie żywe jak tytułowe lux vivens, pisane jeszcze z małej litery, gdyż tak naprawdę próba zidentyfikowania tego, co prześwituje przez muzykę będzie zależała od słuchacza. Mimo to nadal, wedle tego czym jest muzyka wedle filozofii rzeczonej świętej mistyczki, mnie osobiście nie łatwo porzucić uczucie pozamuzycznego przenikania i współuczestnictwa w misterium, ale z drugiej strony, nikt nie zaprzeczy, że muzyka może być metafizycznym wehikułem dla każdego, obojętnie jakim pociągiem duchowości w swym życiu podróżuje. To tyle tytułem przydługiego wstępu.

Jak już wspomniałem, pierwszy kontakt był piorunujący. Tak się złożyło, że płyta trafiła w mój odtwarzacz po północy, w ciemności, i żadne nazwiska ani tytuły nie przygotowały mnie na to co się chwilę po naciśnięciu play zdarzyło. Jednak „Flame and Vision” + David Lynch powinny mówić za siebie. W atmosferze szoku dochodzi nas daleki grzmot, następnie przeciągłym szarpnięciem basowej struny zaczyna się „Sapientiae” i od momentu gdy dotyka nas krawędź światła głosu Jocelyn Montgomery nic już nie jest takie samo. To ostatni moment by zawrócić. Ale jak można?

Idea albumu zrodziła się w umysłach Montgomery i współproducenta H.Reshoefta po koncercie klasycznych wykonań pieśni Hildegardy z Bingen. Założenie ich pomysłu było karkołomne: paradoksalnie chodziło o odsłonę nienaruszonych wokali poprzez osadzenie ich pośród mrocznej atmosfery, wygenerowanej ze współczesnych muzycznych środków, a tę unikalną perspektywę zapewnił im właśnie David Lynch. Z muzycznego punktu widzenia, słuchając Lux Vivens, wciągnięci zostajemy w specyficzny ponadczasowy ambient, w przeważającej części niepokojący, często wręcz osaczający. Zaś krańcowość wrażenia sprawia, że poruszając się brzegiem dźwiękowych przepaści, łatwo przylgnąć do krystalicznych melizmatów Montgomery niczym do brzytwy ostatniego ratunku. Pod tym względem największe wrażenie robi „O Tu Illustrata” skąpana w szumie nieprzeniknionego eteru. W pamięć zapada też kontrast wokal-kotły w „Gloria Patri” i echolalia w utworze „Hodie”. Ten ostatni stanowi też idealny łącznik między średniowieczną nocą, a dniem jaki jaśnieje z wyżyn takich hymnów jak „Clarissima” i „Viridissima”.

Jedyna nierówność polega na tym, że o ile przez znaczną część płyty proporcje między długimi medytacjami, a krótszymi responsoriami zostają należycie zachowane, tak po 7 minutach rozpogodzenia w „Clarissima”, na zakończenie podane zostaje niedługich 5 utworów, które wobec mnogości doznań jakie gwarantowała pierwsza część płyty, są stylistycznie dość przewidywalnym schyłkiem; chociaż by oddać im sprawiedliwość, przyznaję, że nadal zadziwiająco odmieniają głos Jocelyn przez przypadki wszystkich niebieskich sfer. Ascetyzm na takim wydawnictwie nie powinien nikogo dziwić, ani bulwersować fakt, że jego budulcem staje się miejscami gitara elektryczna i zgrzyt żelaza. „Lux Vivens” to pierwiastki awangardowe i klasyczne osadzone mocno swoich wzajemnych pozycjach, a gdy linie przekazu umacnia wzorowe wręcz wykonanie, tę absurdalną czynność Pisania o Muzyce mogę spokojnie zakończyć słowem Opus.

Ver.

%d blogerów lubi to: