Przeskocz nawigację

  1. Rainbow
  2. Dreamland
  3. Nothing to Do with You
  4. Chinatown
  5. Ballad of the Big Machine
  6. The Cycle
  7. Closer
  8. Devil at My Door
  9. Rocket to the Moon
10. Fools Like Us
11. The Way I See You
12. This Is Your World

Ocena: 7/10

„People get strange”, pomyślała sobie Emilie Simon, widocznie zmęczona już różnymi etykietkami i na drodze stylistycznej wolty zmieniła się w zmechanizowaną Frenchwoman in New York. Nim jednak w cieniu gmachu Edisona wylansowała patent na swą Wielką Maszynę, postanowiła zupełnie zmienić nie tylko językowy obszar inspiracji, ale również formułę powstawania utworów. Ich konstrukcja kształtowała w atmosferze koncertowych przedsięwzięć po obu stronach Atlantyku. Ewoluujące podczas występów utwory można było uszczknąć dzięki youtubowym przeciekom – jedni narzekali na zerwanie z paryskim dystyngowaniem, inni niepokoili się nadmiarem coverów, a jeszcze inni zacierali ręce, wiedząc dobrze, że niczyja głowa pod gilotyną bitów w tej przemysłowej rewolucji nie spadnie.

Emilie proponuje płytę zupełnie inną od swych poprzedniczek, i to było do przewidzenia. Można było mieć obawy słysząc dźwięki a la transformers, wiodące prym w zwiastunie „Dreamland”, gdyż przy pierwszym podejściu singiel ten irytująco przelatywał przez uszy (jak połowa piosenek z krążka po wstępnym odsłuchaniu). Można by powiedzieć, że „The Big Machine” prosił się o los zabawki, wyczekiwanej z utęsknieniem, a po paru godzinach rzuconej w kąt, ale okazało się, że będzie wręcz przeciwnie. Maszyna Emilie Simon, drodzy Państwo, ma macki ośmiornicy i całkiem nieźle prosperuje.

Zaczyna się od tego, że „Dreamland” okazuje się wcale nie być zdobyczą niezobowiązującej wycieczki pod rękę z elektronicznymi gadżetami i z piosenki ulatniać zaczyna się wielowitaminowa ironia. Nie zgłaszamy zatem reklamacji. Całe gros utworów obnaża w słuchaczu syndrom spóźnionego zapłonu, m.in. otwieracz „Rainbow” – kolejna, zdawałoby się, przechadzka po klawiszach syntezatorów, ale tylko do ostatniej minuty, gdzie uwolnione zostają soczyste harmonie pociągnięte zastępem dęciaków. Dodatkowo wszystkie mechanizmy dążące do monotonii skutecznie obala utwór trzeci, „Nothing to Do with You”. Słuchacz ma ochotę kląć się na Lwie Serca i Czerwone Trzewiki, że to żywcem jakiś płomienny cover Kate Bush. Nic z tych rzeczy, a zaskoczenie tym większe, że o odwiedziny tego wokalnego obszaru nigdy Simon nie podejrzewałem. A gdyby nawet „The Big Machine” miała się okazać po trosze kopiarką, nie zgłaszamy reklamacji, bo zarówno ten kawałek, jak i skandujący finał „This Is your World” dowodzą, że porządna kompozycja zawsze się obroni, nawet wtedy, kiedy puszcza oko w stronę cudzej stylistyki.

Cienie obcej metropolii i emocje spod znaku „Emilka sama w Nowym Jorku” przepisane zostają na nuty zamaszystego „Chinatown”. Słychać, że Tenori-On w rękach Francuzki to nie tylko grający komputerek Yamahy, a utwory, chociaż zdominowane przez aparaturę zatrzymaną na ustawieniach chwytliwych pop-songów lat ’80 („The Cycle”), nie wyrzekły się całkowicie klasycznego smaku fortepianu czy rzeczonych instrumentów dętych. Mimo, że pod drzwi zwleka się „Devil at My Door” nie zdążymy zgłosić reklamacji, bo tuż za rogiem zaczyna się musical „Rocket to the Moon” i im dalej tym ciekawiej. „Fools Like Us” chyba najbardziej przypomina Emilie z poprzednich płyt, i to nie tylko za sprawą francuskich wersetów. Tempo przyśpiesza, a chórów szkolnej dziatwy przybywa w „The Way I See You”, a wszystko po to by przedstawienie zamknęło się głośną uliczną akademią „This Is Your World”.

Muzyczna sceneria udrapowana czernią surowszego brzmienia, kolorową elektroniką wyładowań i amerykańskich inspiracji, może wywołać sprzeciw oczarowanych misterną tkaniną poprzednich albumów, zwłaszcza, że chwilami gubi ona szczery, ekspresyjny charakter. Z drugiej strony, dziwne zestawienia i szalone pomysły sankcjonuje właśnie ta wyczuwalna atmosfera scenicznej fikcji. Można mieć wiele do życzenia, ale pocieszne zjawisko ludzi odszczekujących swoje fiksy pod adresem płyty nie jest pozbawione przyczyn. Ten odmieniec da się lubić.

Ver.

%d blogerów lubi to: