Przeskocz nawigację

  1. In for the Kill
  2. Tigerlily
  3. Quicksand
  4. Bulletproof
  5. Colourless Colour
  6. I’m Not Your Toy
  7. Cover My Eyes
  8. As If By Magic
  9. Fascination
10. Reflections Are Protection
11. Armour Love
12. Growing Pains

Ocena: 6/10

La Roux to, La Roux tamto. Nie możemy dłużej milczeć, tym bardziej, że wokół coraz więcej dowodów na to, że charyzma nie zawsze musi iść w parze z wokalnymi walorami. W świecie zacierania się nie tylko gramatycznych granic, Eleanor Jackson, ma tyluż zagorzałych obrońców, okrzykujących ją swoim ambasadorem przekory wobec konwenansów, ilu przeciwników, których jedyny słuszny zarzut może dotyczyć właśnie nadmiernego przylgnięcia do gatunkowej normy. Jednakże płomień rudej czupryny w jakiś sposób wznosi się ponad to wszystko.

Renesans syntezatorów i powszechna zachęta do wyznań na parkiecie, od indietroniki po disco, stała się faktem już lata temu. Pozostawało obserwować jak wskrzeszona neonowa mgławica wchłania w swe rozpasane modulacje, 8-bitowe komputerowe inspiracje i przedpotopowe analogi kolejne gwiazdy z firmamentu szołbiznesu; a kolonie nowych, grzejących się w jej świetle młodych konstelacji były naturalną wypadkową. Duet La Roux zdaje się mieć do zaoferowania coś więcej niż motto powrotu do elektronicznych niewyczerpywalnych źródeł. Tym bardziej, że w przypadku albumu można mówić o wszystkim tylko nie o niewyczerpywalności. Umówmy się, że „Bulletproof” nie było, i w stanie tabula rasa sięgamy po krążek… „In For the Kill” to skuteczny sposób by zabić w sobie ochotę na dalsze konszachty z La Roux. Kawałek zdominowany przez bit w tonacji happy-go-lucky, rzeczywiście prosi się by dostać w zęby, a Elly ze swoimi wokalnymi manewrami wcale go nie broni. Źle by się skończyło, gdyby nie pokorne „Oh, I’m hoping you’ll understand…”

Na więcej zrozumienia nie trudno się zdobyć, bo szczęśliwie zaczęło się od „Quicksand”, za którym dziarsko kroczył „Bulletproof”, natomiast lista utworów po wstępnym niewypale serwuje jedną z lepszych piosenek – „Tigerlily” na tle reszty odróżnia się nie tylko muzycznie, ale też błyska aurą kryminału z pobliża St.Trinian’s. Po przesłuchaniu płyty, odkryć można kolejne zjawisko związane z oczywistymi analogiami m.in. do Eurythmics. Nie da się ukryć, że Elly Jackson + Ben Langmaid w jakiś sposób majerzą w tej samej materii, w której specjalizowali się Annie Lennox + Dave Stewart, i choć efekty są im dalekie (zwłaszcza w czasie), to w kwestii image’u da się zauważyć podobnie działający wpływ. Otóż, piosenki, które na płycie gdzieś tam giną, przyprawione personą liderki, w ramie wideoklipu i w radiowych dawkach zaczynają wkręcać się w głowę i autentycznie bawią – „I’m Not Your Toy”, niby nic wielkiego, ale wzorem hałastry z teledysku, z początku drętwi, i my zaczynamy w końcu podrygiwać i rozlewać driny po posadzce basenu. Mniej beztroskie, ale nadal parkietowe nastroje jawią się jako jeszcze lepszy impuls do wzorcowego piosenkopisarstwa i aranżacyjnych odchyłów, co sprawia, że do wartościowych cekinów krążka włączyć należy „Colourless Colour”, oraz (a zwłaszcza) „Cover My Eyes” i jego nostalgiczne chóry szkolnej dyskoteki w chmarze odblasków mirrorballa. Dla tych, którzy pod koniec, będą mieli już dość opływowego optymizmu „Fascination”, żwawym krokiem wejdą w bardziej kanciaste wnętrza „Reflections Are Protection”. Zestaw ten również dowodzi, że wokal na dźwięk którego niejeden marszczy czoło, znajduje swoje miejsce.

Ograniczeniem na własne życzenie byłoby odmawiać walorów muzyce do niedawna skorej do przyjęcia tyleż nobilitującego, co bezmyślnego przedrostka „Alt-” tylko dlatego, że na drodze popularności, jej ilościowe (nie jakościowe) znamiona undergroundu wyparowały. Jak na synthpopowy patronat nad zadziorną osobowością 20-letniego Rudzielca, album La Roux to fajny bibelot, wieloboczny potencjał w nie najgorszej oprawie. Najtrudniejsze, czyli misja udowodnienia na co naprawdę ich stać w dobie nadchodzącego elektronicznego baroku, dopiero się zaczyna.

Ver.

%d blogerów lubi to: