Przeskocz nawigację

Oczywiście wiadomo było, że spotkanie z ekscentryczną osobowością będzie na pewno inne niż wszystkie, ale Emilie Autumn udało się przekroczyć chyba wszystkie granice. Ubrana w piżamę (za którą przepraszała) oraz czapkę z jednorożcem (którą z kolei prezentowała z niebywałą dumą), po wyściskaniu i wycałowaniu, natychmiast zaciągnęła nas do imbryka z herbatą i nie pozwoliła usiąść, póki nie wzięliśmy sobie po filiżance. Dopiero wtedy mogłem włączyć dyktafon i wysłuchać wspomnień z azylu…

(PS Zdjęcia specjalnie nie photoshopowane)

MK: Nie jest twój pierwszy występ w Polsce. Jak ci się podoba ten kraj i granie koncertów tutaj?

EA: Jest cudownie, tym bardziej, że byliśmy już tutaj dwa razy – ta trasa jest bardzo intensywna – więc zdążyliśmy się zaznajomić ze scenografią i wszystkim innym, więc nie ma żadnego problemu. Zdaje mi się, że to miejsce troszkę się zmieniło od naszej ostatniej wizyty i, ku naszej niekłamanej radości, odkryłyśmy, że wiele nowych pań pracuje tutaj, co trochę zmienia oblicze miejsca. Przykre jest jednak to, że kiedy przyjeżdżamy tutaj, wysiadamy, gramy koncert, to musimy to zrobić tak szybko, że niczego poza tym miejscem w Polsce jeszcze właściwie nie zobaczyłam. Nawiasem mówiąc, może mógłbyś mi powiedzieć, gdzie mogłabym się przejść mając godzinę na zwiedzanie?

Wydaje mi się, że w Warszawie najbardziej by odpowiadał twojemu stylowi siedemnastowieczny pałac w Wilanowie. Z pewnością spodobałby ci się… no, może niekoniecznie zimą, bo wtedy cały piękny ogród jest zasypany.

(śmieje się) No, teraz faktycznie nie bardzo są warunki.

No właśnie, o tej porze roku zwiedzanie może być utrudnione. Co sprawia, że musisz nas koniecznie odwiedzić późną wiosną. A z drugiej strony – w świetnej porze roku nas odwiedzasz, bo twoje występy są właśnie takim ożywiającym powiewem wiosny.

Słodkie, naprawdę miło mi to słyszeć. Powiem ci, że dziś będzie niezwykle ożywczo.

Dobrze wiedzieć.

Niezwykle albo i bardziej niż niezwykle.

Bardziej? Twój styl już jest kwintesencją niezwykłości. Skąd właśnie pomysł na to, by połączyć na scenie mieszaninę wiktoriańskiej epoki, teatru z lolitkami i burleski z twoją sławną szaloną herbatką?

Świetnie to opisałeś. Cała rzecz to kombinacja ekstremów – rzeczy które są krańcowo różne i o których w życiu nie powiedział byś, że będą do siebie pasować. Ta dwoista natura odkrywa tak jasne strony życia, jak i potem odnosi się do całej mojej przeszłości, do tego, że jestem dwubiegunowa. I to są właśnie te dwie strony: z jednej strony muzyka, od rocka aż po klasykę, a z drugiej – wydarzenia z przeszłości, które teraz mnie dotykają, cała historia jako dziedzina, która mnie od zawsze chyba pociągała. Właśnie to, co mnie interesuje od jakichś dwóch lat, to epoka wiktoriańska i jej wpływ na współczesność w perspektywie medycyny, psychiatrii, psychologii, szpitali psychiatrycznych – azylów dla obłąkanych – oraz prawdziwego, ponurego oblicza ich historii sięgającej XVII w. Te sprawy, jak wiemy dobrze, zaczęły się w XIX w. Co prawda medycyna powstała setki lat temu, ale medycyna tak, jak ją rozumiemy, to jest już raczej współczesna historia. Trochę ponad sto lat wstecz, kiedy mieliśmy azyle dla obłąkanych z prawdziwego zdarzenia, ludzie byli leczeni na różne choroby psychiczne. I, tak naprawdę, po raz pierwszy zabrano się za to na poważnie. Niestety ci ludzie byli traktowani w sposób straszny i to, co prezentują moja muzyka, książka i występy sceniczne, jest chyba swego rodzaju żartem oraz satyrą na społeczeństwo. Prezentowane jest to do tego stopnia, że właściwie nie ma wiele wspólnego z pięknem epoki wiktoriańskiej, ale mówi przede wszystkim o tym okropnym, ponurym niedowartościowaniu, które kontrastuje ze średnią statystyczną pokazując, że niewiele się w gruncie rzeczy zmieniło do naszych czasów.

Jak już mówiłam, ten show jest bardzo krytyczny – nabija się z nierówności społecznej, z medycyny, lekarzy i całej atmosfery wariatkowa. I podobnie z herbatką – wszystko jest nie tak. Jest to szalone, pozbawione normalności przyjęcie, w którym nawet jeśli jest coś pięknego, to wszystko idzie nie tak. Jak w jakichś ponurych myślach, których nie dopuszczasz do siebie. Ten kontrast i podobieństwo pokazują, że niewiele się od czasów Wiktorii zmieniło tak pod kątem społecznym, jak i medycznym. Jak widzisz, wszystko to wiąże się ze sobą na różne sposoby, które razem zestawione są całkiem interesujące.

To też tłumaczy, dlaczego tak bardzo interesuje cię kobieca psyche. Zauważyłem, że w najsłynniejszej chyba twojej piosence, Opheliac

I najważniejszej, to na pewno.

…napisałaś: „Badania dowodzą – inteligentne dziewczęta są bardziej podatne na depresję, ponieważ wiedzą, jaki ten świat naprawdę jest.” Jak to się ma do przedstawienia? Chcesz nas oddzielić od tego świata, czy też właśnie nam pokazać, jaki on naprawdę jest?

Dobre pytanie. Wierzę, że nawet jeśli na albumie brzmi to przykro, to staje się to raczej ostrym sarkazmem. Mimo to wierzę w to, co napisałam, bo nieświadomość jest błogosławieństwem; przeżyć życie tak, jakbyś był idiotą, bo wtedy nie musisz się o nic martwić. Jestem pewna, że doświadczysz więcej bólu, jeśli tylko masz sprawnie działający mózg, który potrafi dostrzec to, co się tak naprawdę wokół dzieje; że świat jest pełen okropieństw. Siłą rzeczy się wściekasz, ale są granice. Wydaje mi się, że to, co pokazuję na scenie, muzyka, którą piszę, książka… właściwie we wszystkim co robię jest nie tyle próba pokazania światełka na końcu tunelu, ale raczej wskazanie na otaczającą ciemność w sposób: „Tu jest, musimy to zmienić”. W ten sposób to nabiera pozytywnego wydźwięku. Mogę zatem nie znać odpowiedzi na każde pytanie, ale przynajmniej dostrzegam problem. Niestety to dobijające, ale potwierdzone statystycznie, że większość dziewcząt z depresją jest bardzo inteligentna. Współczynnik tak tego, jak i samobójstw oraz liczba wszystkich innych inteligentnych ludzi, którzy nie mogą zaakceptować faktu, że świat działa nie tak jak trzeba… nie, tu zdecydowanie nie można mówić o równowadze.

To dość osobiste pytanie, ale czy ty i twoje Krwawe Mufinki (ang. Bloody Crumpets) jesteście takimi dziewczętami?

Tak… To znaczy: jest taka zasada co do Mufinek, że jeśli nie odbiło ci w pewnym momencie, to nie możesz być jedną z nich, bo inaczej byś po prostu nie ogarnął wszystkiego.

Jak to jest, że tylko kobieta może zostać Krwawą Mufinką?

Nie chodzi o to, żeby chłopców wykluczyć, bo oczywiście kochamy ich…

Wiesz, pytam, bo sam chciałbym zostać jedną z nich.

Możesz być honorową, zaraz ci powiem jak. Cała sprawa jednak polega na tym, że bycie dziewczyną, borykanie się z przeciwnościami losu… Wiesz, poznawanie historii o szalonych azylach dla dziewcząt w tamtych czasach i to, jak się one mają do dzisiejszych szpitali psychiatrycznych zaczęło się właściwie wtedy, kiedy próbowałam zacząć decydować o swoim życiu i kiedy mnie z niego okradli, a ja zostałam zabrana właśnie do azylu. I tak to się zaczęło. Potem jeszcze to, że jestem dziewczyną miało wpływ na to, jak mnie traktowano. Wynika to z tego, że, co jest dość ponurą sprawą, byłam tam jako pacjentka. Nie masz wpływu na to, kiedy stamtąd wyjdziesz – to oni, lekarze, decydują o tym. Co równie dobrze może oznaczać „nigdy”. A jeśli właściwy mieszkaniec tamtejszy, psychiatra, zdecyduje się na to, żeby się z tobą pieprzyć, to i tak nic nie masz do gadania, bo przecież to ty jesteś szajbnięta. I jeszcze ten doktor z wykształceniem wartym miliony… No i komu uwierzysz? Wariatce?

Zdecydowanie raczej lekarzowi… Czyli tak naprawdę sprawa dotyczy twojej kobiecości?

Oczywiście to bardzo osobista sprawa, nic by się nie wydarzyło z tych rzeczy, gdybym nie była dziewczyną. Nie wydarzyłyby się też inne nieprzyjemne rzeczy ani też nie przytrafiłaby się większość sytuacji, w których byłam wykorzystana. Wszystko, czego doświadczam, jest bezpośrednio związane z moją kobiecością, więc siłą rzeczy cała moja walka jest ukierunkowana na uciskanie kobiet, moich dziewczyn. Razem podjęłyśmy decyzję o współpracy, o stworzeniu tej żeńskiej armii i o walce w naszym interesie, by przywrócić dla siebie tę siłę, która przez tysiące lat była nam odbierana i która przesądzała o tym, że nie czułyśmy się bezpieczne wychodząc po zmroku. Tak się dzieje i dziś, w każdej części świata i trzeba sobie uświadomić, że to nie jest w porządku, i że jedynym sposobem, by to zmienić nie jest moje błaganie: „proszę, bądźcie dla mnie milsi”. To wszystko trzeba sobie wygryźć i naprawdę to, co robimy, może być ciężkie i straszne. Zwłaszcza, że jesteśmy już na takim etapie, że nie mam nic do stracenia, więc będę walczyć w każdym przypadku o to, tak jak o mój dom, bezpieczeństwo i zdrowie psychiczne.

Czyli jednak wszystkiemu winni są mężczyźni… Jak to się ma do tytułu honorowej Mufinki – odstawianie mężczyzn na drugi plan?

Właśnie nie chodzi tu o odseparowywanie chłopaków, ani tym bardziej o to, że „dziewczyny są cacy, a chłopcy są be”. W książce zresztą jest postawione pytanie: co będzie się działo, gdy odbierzemy azyl? Jest tam też zamieszczona odpowiedź – związek, siostrzeństwo dziewcząt, które razem kroczą przez życie i to właśnie te wariatki dokonują niemożliwego. No i co wtedy? W jakiś sposób nagle je oświeciło, znalazły drogę zza krat na wolność. To zresztą może być naprawdę straszne, ponieważ są tam ich tysiące, a doktorów… może ze dwudziestu? I te tysiące wariatek, trenowanych praktycznie po to, żeby zostać seryjnymi morderczyniami, bo przecież skoro wykorzystujesz ludzi przez tyle lat, to w końcu – i to się sprawdza też w azylach tak wtedy jak i dziś – w końcu, kiedy dziewczyny się zorientują, że mają faktycznie siłę do zrobienia czegoś, to lawina ruszy… i może się stać naprawdę nieprzyjemnie.

To winni są tak naprawdę lekarze, czy raczej jednostki – do mężczyzn jako mężczyzn nic macie? Tak jest?

I taka jest właśnie ta myśl – my zawsze kochamy naszych chłopców w naszym Azylu. Zasada jest jedna: „jesteście mile widziani o każdej porze, nie możecie tylko zostać na noc”. To chyba całkiem nieźle, prawda? Wciąż przebywacie z nami przez większość czasów. Inna sprawa sam pomysł Armii Azylu, która jest dla każdego z nas. Poza tym, wiesz, chłopcy to naprawdę niezłe urwisy w Azylu i to jest świadomość, która powinna być wspólna dla nas wszystkich, bo w końcu mam ją dzięki publiczności, która teraz składa się z mężczyzn w co najmniej połowie. Jestem z tego szczególnie dumna, ponieważ sami zrozumieli, że to nie tylko dla dziewcząt i nie tylko o nich. Może i ma to podtytuł „Nieobliczalne wiktoriańskie dziewczęta”, ale prawdą jest, że łączy nas wszystkich ten drobny pierwiastek – obojętne, czy męski, czy żeński, homo, hetero, czy trans – pierwiastek, który cierpiał, który był szurnięty, ta część, która była inna lub ta, która chciała po prostu więcej, niż inni mogli jej dać – Azyl może się odnosić do każdej z nich. To tak, jakbyś nie musiał być zamknięty w szpitalu, żeby cię doprowadzić do stanu, w którym dasz sobie w łeb czy też odnajdziesz sam siebie. A Armia chce, żebyś wkroczył do innego świata, w którym ironia pokazuje, że wszystko się zasadza na tym szaleństwie – ona sama w sobie jest bardzo zdrowa; sprawia, że czujemy się jak w domu i mówi: „Na jedną noc, chłopcy, dziewczęta, ktokolwiek by nie był w tym teatrze, poczujemy to, co powinniśmy czuć, nas samych, cokolwiek, i przez tę jedną noc nie będziemy przepraszać”. I o tym jest właśnie moje przedstawienie, a tak chłopcy jak i dziewczęta są jego pełnoprawnymi członkami.

Wspaniale to słyszeć. Na sam koniec, chciałbym jeszcze poruszyć dwie kwestie. Zaczęliśmy od jednorożca, więc ostatnim pytaniem będzie: co byś zrobiła z takim słodkim, uroczym jednorożcem?

To znaczy: gdybym miała słodkiego, uroczego jednorożca?

Tak.

To jest zdecydowanie najlepsze pytanie, jakie mi kiedykolwiek zadano. Szczerze. Cholera, naprawdę to pytanie… (śmieje się) Boże… Gdybym miała słodkiego, uroczego jednorożca…

Biorąc pod uwagę twoje mordercze skłonności, które mogą się ujawnić…

(śmieje się) Boże… Tak wiele mi chodzi po głowie złych rzeczy… Wiesz, najprawdopodobniej to bym na niego wsiadła i nabiła na jego róg każdego doktora, który próbował ze mną igrać, a potem… Po prostu bym odjechała w stronę zachodzącego słońca i nikt by o mnie już więcej nie usłyszał. No i byłabym taka szczęśliwa, a wy byście mnie już nie zobaczyli… No, ale i tak byłabym szczęśliwa. Po prostu zrobiłabym, co do mnie należało.

Z jednej strony miło to słyszeć, a z drugiej… Chyba nie pójdę na medycynę. A jakie byłyby twoje słynne ostatnie słowa, gdybyś je miała wypowiedzieć przed publicznością z Polski?

Och, publiko w Polsce, wszystko, co mogę wam przekazać, to: ROZSIEWAJCIE ZARAZĘ!

____________________________________________________________________________

Emilie Autumn (ur. 22 września 1979) jest amerykańską piosenkarką, poetką i skrzypaczką inspirującą się epoką wiktoriańską. Znana z koncertów-kabaretów oraz własnego stylu victoriandustrial (łączącego muzykę klasyczną, rocka i elektronikę), wydała m.in. album Opheliac, który przyniósł jej międzynarodową sławę, głównie dzięki tytułowej piosence, singlu Liar, a także takim utworom jak Gothic Lolita i Marry Me. W 2009 r. wydała, jak sama mówi, najważniejszą w jej życiu książkę The Asylum For Wayward Victorian Girls (Azyl dla nieobliczalnych wiktoriańskich dziewcząt), którą promuje obecna trasa The Asylum Tour.

Jak zostać nieobliczalną wiktoriańską dziewczyną? Oto rady Emilie: Twój makijaż jest maską. Maska jest wyzwoleniem. Korzystaj z tego z gracją i bez wulgarności. Twój gorset jest twoją zbroją. Zawiąż go porządnie, oddychanie nie ma znaczenia. Twój posag dowodzi twoich cnót. Upewnij się, że są czyste i nie okupione łzami. Kiedy już właściwie się wyszykujesz, zaproś się na najbliższą herbatkę albo wydaj własne takie przyjęcie. Goście nie są konieczni.

The Asylum to także nazwa, jaką Emilie nadała grupie swoich fanów, dając również zalecenie: Rozsiewajcie zarazę wiktoriandustrialnej miłości, które stało się oficjalnym mottem społeczności. W koncertach Emilie bierze udział również jej własna trupa teatralna, znana jako The Bloody Crumpets (Krwawe Mufinki) (nawiasem mówiąc sama Emilie nazywa fanów również mufinkami, ewentualnie urwipołciami), spośród których 9 II Warszawę zaszczycili Miś Cierpiętek (Suffer the Bear), Nieznośna Weronika (Naughty Veronica), Błogosławiona Hrabina (Blessed Contessa) i Lady Aprella. Wskutek choroby na scenie zabrakło Kapitan Robal (Captain Maggot).


____________________________________________________________________________

Jak opisać to, co się dzieje na koncertach Emilie Autumn? Najlepiej oddają to słowa: wiktoriańska burleska z teatrem dla lolitek. Widać to było już o godz. 19:00, kiedy to pod stołeczną Progresją pojawiła się całkiem pokaźna grupa fanów ubrana m.in. w pasiaste rajstopy, wymyślne fryzury i obładowana stertą różnych dziwnych dodatków. Co prawda, było dość czarno, jako że Autumn najbliżej w polskiej klasyfikacji chyba do gotyku, ale nie zmienia to faktu, że i tak fani tworzyli dość zróżnicowaną gromadkę.

Cóż, niżej podpisany zdobył się na różową koszulę. Zresztą, akurat tak wyszło, że szalał po terenie klubu z aparatem, więc nawet się nie mógł pobawić do muzyki… Na szczęście nie musiał skakać, bo to, co Emilie wraz z jej Krwawymi Mufinkami zaprezentowały na scenie, przykuwało uwagę do tego stopnia, że człowiek stał z rozdziawionymi ustami.

Począwszy od ostatniego singla – „4 O’Clock” – otwierającego koncert, na scenie działy się rzeczy straszne i śmieszne, jak u Gogola. Biegająca po scenie w weneckiej masce Autumn, mierząca z pistoletu do ludzi Aprella, wyginające się ekstatycznie Contessa i Veronica… Cała czwórka zakończyła pierwszy utwór toastem z herbaty (opluwając przy tym rozentuzjazmowaną widownię)… i się zaczęło skrzypcowo-rockowe show.

Tak naprawdę Emilie i jej Mufinki prezentują każda odmienny typ osobowości. Autumn to spoiwo, które nadaje tempo rozgrywce – tu szalała po scenie, tam grała ekstatycznie takie cuda jak „Opheliac”, „Shallott”, czy też „I Want My Innocence Back”. Nieznośna Veronica z kolei to wulkan wyuzdanego seksu, który najpierw na przemian zarabiał i rozdawał klapsy, by w finale swojego show przygrywać na klawesynie do, bodaj to, „Unlaced”, w którym sama Autumn szalała po scenie ze swoimi skrzypcami.

Odrębną sprawą są Błogosławiona Hrabina i jej modlitwa do boskości – dziewczęta wystawiły taką parodię manifestacji lesbijsko-newage’owskiej, że cała widownia śmiała się jeszcze długo po zejściu artystek ze sceny. Nawiasem mówiąc – był to chyba najpyszniejszy element teatralnych części koncertu – rozhisteryzowana Contessa w okularach, która nie wie, czy wcinać ciastka, popijać je herbatą, krztusić się nimi i pluć na ludzi, czy też próbować doprowadzić do ładu to, co się dzieje na scenie… jeśli dodać do tego nic nie robiącą sobie z tego blond-Aprellę i naigrawającą się Veronicę otrzymujemy samograja.

Trzeba też wspomnieć o Misiu Cierpiętku, który służył najpierw jako przylepa do wielkiej tarczy zegarowej na scenie, a później jako jedno z akcesoriów Emilie i Aprelli.

Koncert Autumn to tak naprawdę radośnie ironiczna gra kontrastów – tu mamy komedię w scenach zbiorowych, przy muzyce z kolei wdziera się tragedia – jak choćby w „I Want My Innocence Back”, czy „306”… Najważniejsza jest jednak przy tym interakcja z widownią – dzięki Contessie show przeniósł się na środek sali, a Emilie z kolei cały czas zagadywała do fanów i tak naprawdę dała im możliwość współtworzenia tego przedstawienia. Choć, z drugiej strony, tego, że będziemy na życzenie piosenkarki śpiewać „Hej, sokoły” to ja się nie spodziewałem…

Podsumowując – koncerty Autumn to widowisko daleko wykraczające poza termin normalnej trasy koncertowej. Jest to właściwie zjawisko, którego trzeba być uczestnikiem. Właśnie, uczestnikiem, a nie widzem. Znajdzie tutaj dla siebie coś i fan skrzypiec, i rocka, i elektroniki, i XIX w. i teatrów. Witamy zatem w Azylu, jest jeszcze miejsce dla was…

– Mateusz Kowalski (f!eld)

Fot.: wywiad: Monika Jachowicz; koncert: Mateusz Kowalski

%d blogerów lubi to: