Przeskocz nawigację


  1. All the World
  2. Someday the Wind
  3. Draw My Life
  4. Let It Go
  5. Magic
  6. Without You
  7. Rafe
  8. Vibing
  9. All Alone
10. Rafe (Gabin Mix)
11. Rafe (Pacha Mix)

Ocena: 6/10

Nie doceniłem. Jednak proszę nie szykować się na kadzidlane hymny pochwalne. Po prostu, pierwszy kontakt z pobocznym projektem tandemu Fulber/Leeb znanego jako Delerium był, co tu dużo mówić, irytujący. Pomysł ani trochę ambitny – ot, garść kolejnych mięciutkich, aromatyzowanych cytrusową skórką softpopowych piosenek napisanych tym razem dla głosu Leigh Nash z grupy Sixpence None the Richer. Krecha – na długie miesiące, aż stopniowo, w klimacie schyłku lata, coś zaczęło się dziać.

Możliwe, że zestaw 9 piosenek + 2 bonusowe remiksy wymagał właśnie zielarskiego potraktowania – musiał się widać zasuszyć by ujawnić większe ilości smaku w odpowiednich warunkach. Co prawda projekt Fauxliage nie zagwarantuje nam nic więcej ponad niskoelektryzowany, relaksujący pop, ale gdy da się krążkowi (albo raczej poszczególnym utworom) drugą i kolejną szansę, łatwiej wtedy sobie uświadomić to, że nawet takie dźwięki mają swoje uzasadnione miejsce w muzyce, a Leigh Nash, spośród zastępu nadwornych wokalistek Delerium, to najlepszy wybór jeśli chodzi o długogrającą współpracę. To nie jest żaden z bezbarwnych new-age’owych wokali, które przelewają się przez uszy. Leigh Nash potrafi przejąć piosenkę na własność i nie dać o niej zapomnieć.

Dziewięć premierowych utworów to nie jest znów aż tak dużo by czuć się poważnie zdegustowanym brakiem interesujących haczyków. Zacząłem sobie ostatnio zadawać pytanie dlaczego „All the World” bądź „Someday the Wind” nie miałyby zadomowić się w komercyjnych stacjach radiowych – są o niebo lepsze od tego, co słychać w nich na co dzień, a śmiem twierdzić, że w swej kompozycyjnej prostocie (i za sprawą Leigh Nash) są nawet lepsze niż niektóre przekombinowane próby usatysfakcjonowania muzycznych kosmopolitów najnowszymi hitami spod szyldu Delerium, którzy już nie wiedzą za co tak naprawdę się zabrać. Tu mamy przynajmniej jasno określony cel – ma być przyjemnie i przyzwoicie.

Z Fauxliage jest trochę jak z galaretką w czekoladzie – nie każdy lubi, ale z braku słodkich serotonin, w potrzebie nie pogardzi; należy też mieć na względzie to, że ich całe opakowanie na raz to nie jest najlepszy pomysł. Można jednak w pewnej chwili odkryć, że „Let It Go” i „Magic” zabarwiają beztroskę bardziej nostalgiczna nutą, a „Draw My Life” subtelnie podkręca współczynnik gitar i perkusji. Singlowe „Rafe” może nie ma się czym pochwalić (poza remixami), ale za to chillout wieczornych wędrówek z akustyczną gitarą i syntetycznymi smyczkami w instrumentalnym „Vibing”, jak też „All Alone” zamykające hiszpańskimi akcentami premierowy program płyty wypadają całkiem dobrze, a nawet zgarniają rolę pierwszoplanowej dream-popowej ozdoby krążka.

To, że bardziej przebojowa „Chimera” napsuła mnóstwa krwi fanom mrocznej strony Delerium, poniekąd uzasadnia powołanie do życia aktu na miarę Fauxliage, zwłaszcza, że słychać iż punktem wyjścia mogłyby tu być tamtejsze „Orbit of Me” (nomen omen) i „Run For It” z gościnnym wówczas jeszcze udziałem Nash. Na Fauxliage słychać profesjonalizm, czuć pozytywne wibracje, cała oprawa też przypomina pachnące herbarium, szkoda tylko, że nie wiele można tu powiedzieć o kontynuacji, czy ekspansji pomysłów z „Chimery”, zwłaszcza, że tym razem można było porzucić obawy, że ktoś będzie skandował „za mało Delerium w Delerium”.

.

Ver.

%d blogerów lubi to: