Przeskocz nawigację

  1. Highland
  2. Vagabond (Make a Princess of Me)
  3. Journeyman (Vandraren)
  4. Believe in Me
  5. Sake of the Song
  6. Song and Dance (Pt.II)
  7. Celluloid Heroes
  8. Keeper of the Flame
  9. Night at Eggersberg
10. Strawberry Girl
11. All the Fun of the Fayre
12. Darkness
13. Dance of the Darkness
14. Health to the Company
15. Barbara Ellen

Ocena: 6/10

Parę dni temu załoga Trois Vierges zgromadziła się przy głośnikach przesłuchując nowy album Blackmore’s Night. To jedna z nielicznych grup regularnie i w komplecie recenzowanych na łamach Trzech Panien. Skąd takie względy? Doprawdy nie wiem, ale mniejsza o to. Jako kapela specjalnej troski, zaniepokoiła nas swoją cukierkową szatą graficzną i Truskawkową Dziołszką już przed paroma tygodniami, ale koniec końców wyszła obronną ręką z redakcyjnej konferencji, ale nie jest tak żebyśmy się purytańsko ograniczali w sączeniu wiejskiego jabłecznika przyjemności… „Kandyś, pódź no do Truskawkowy po powidło ino nie zachodź do karczmy!” Do karczmy matula zabroniła, ale na bazar nie…

„Autumn Sky” to płyta nieoczekiwanych przeobrażeń i przesunięć różnych akcentów. Teaser straszył, muszę przyznać, straszył jakimś koszmarnym disco jakie wkradło się do otwieracza albumu – „Highland”, a potem dało o sobie znać jeszcze w „Journeyman”, ale podczas przesłuchania gdzieś całe zdegustowanie ze mnie uleciało (mości f!eld w ogóle był bardziej entuzjastyczny). Tak samo było z zajawkami – po wstępnym szoku, reszta zapowiadała się co najmniej poprawnie. Ostatecznie można byłoby uznać przelotny romans z muzyką pop za niezgorszy, bo dotyczył pozytywnych, melodyjnych utworów, gdzie zmieszał się z energicznym folkiem – ale ten rachunek in plus zawdzięczają one nie tyle sobie samym, co zestawieniu z balladami, które na „Autumn Sky” z paroma wyjątkami są bardziej niż tendencyjne.

Takie „Vagabond”, czy ckliwe „Believe in Me” sprawiają wrażenie zapychaczy, nie wiele lepiej, ale całkiem znośnie jest w „Celluloid Heroes” i w rzeczonej „Strawberry Girl”, a można by idąc dalej w stronę bardziej energetycznych piosenek wymienić jeszcze „Keeper of the Flame” – ale wszystko to i tak zostanie w tyle, bo na płycie znajdzie się garść dominujących utworów. Wspomniany „Keeper of the Flame” wywiany zostaje z głowy zaraz jak tylko poderwie nas do tańca „All the Fun of the Fayre” – tym razem wir bazarowej biesiady ma zdecydowanie celtycki smak. Mamy tu też świetne dwuczęściowe kompozycje, zbudowane na zasadzie „ballada + tanz”, co więcej kontrastowych sceneriach: pierwsza – „Sake of the Song + Song and Dance”, druga „Darkness + Dance of the Darkness”. O ile instrumental pierwszej z nich naprawdę daje ognia aż miło, to ballada drugiej czaruje klimatem nokturnu. Podobnie jak „All the Fun of the Fayre” wytycza tu poprzeczkę bardziej zawrotnym kompozycjom, tak pociągniete skrzypcami „Health to the Company” stanowi piękny wzór dla tych nostalgicznych. Znajdzie się jeszcze mało znacząca, acz mile widziana miniaturka „Night at Eggersberg” i na zakończenie „Barbara Allen”, całkiem przyzwoita jak na napisy końcowe.

Doszliśmy do wniosku, że Blackmore’om wyszedł album niemalże na miarę „Wiejskiej Latarenki”, z tym że to, co tam było mocną stroną, tutaj kuleje i vice versa. Całokształt może i jawi się jako nazbyt klasyczny, ale Richie i Candice jeszcze zupełnie nie zapomnieli jak należycie ilustrować pieśnią swoje wizje, a to że ich mediewizm wygasa na rzecz plebejskiego romantyzmu to już osobny problem. Album jak znalazł na zbiory w sadzie i poleżyny pod jesienną niebiesią. Plon jak co roku, szaleństwa nie ma, ale i tak spokojnie wystarczy po koszu dla karczmarza, wójta i plebana.

.

Ver.

%d blogerów lubi to: