Przeskocz nawigację

1. Year of the Rat
2. Protection
3. Patriot Games
4. The Passing
5. Exile
6. Sirens
7. The Emerald Piper (Bonus)
8. Vulture
9. Amnesia
10. Magical Fix
11. Illumination

Ocena: 6/10

Versatis, pisząc o Blackmore’s Night, użył terminu „kapela specjalnej troski”. Jakoś tak przesłuchując po raz n-ty nową Tristanię mam dziwne wrażenie, że dzięki usunięciu się z zespołu Vibeke, Norwedzy (i Włoszka) awansowali momentalnie do tej grupy.

To nie jest tak, że jestem uprzedzony do zmian w zespole – wręcz przeciwnie, uważam, że jeśli są przemyślane, to może wyjść coś innego, nowego i ciekawego. Dajemy zatem możliwie duży kredyt zaufania i odpalamy nowy krążek…

…no i tak zrobiliśmy z Versatisem. Synchroniczne słuchanie ma ten atut, że jeśli przychodzi do biadolenia, to można zawsze przynajmniej zrobić to wspólnie. Tutaj lania łez było co niemiara, przynajmniej na początku. Potem niby było lepiej, ale i tak zgrzyt i niesmak królowały – głównie dlatego, że przekraczanie tego Rubikonu Tristanii udaje się dopiero w połowie – i wcale to nie znaczy, że ta połowa jest bez zarzutu.

Przede wszystkim trzeba sobie zadać pytanie, jak ma się rockowa Mary do gotyckiej Vibeke? Ano, ma się trochę o tyle, że brzmi, jakby pasowała… ale do Ashes. Ma ona głos mocny, niezły, ale mniej więcej pasuje do Tristanii tak jak Anette Olzon do Nightwisha – na zaś modlę się, żeby nie zabierała się za niektóre stare kawałki.

Z Rubiconem jest o tyle problem, że to trochę taki pogrobowiec Illumination, a trochę próba zmierzenia się z nową jakością – czyli więcej rocka, mniej metalu, a jeśli już, to jakiś mariaż z czymkolwiek. Efekt jest taki, że singlowy Year of the Rat z początku nie zachwyca, natomiast Patriot Games doprowadza do szału swoim refrenem. Po kilkukrotnym osłuchaniu te kawałki stają się jednak niezłe, za to nijakie Protection jeszcze bardziej schodzi do cienia. The Passing przy Exile to faktycznie niezły plus, Sirens jednak również nie zapadają zbytnio w pamięć. Dopiero przy Emerald Piper zaczyna coś się ruszać…

…i wtedy widać, na co Tristanię stać. Oraz tych sześciu wokalistów, którzy wzięli udział w nagrywaniu. Niestety – najsilniejsza pozycja po Vibeke, czyli Osten, nie radzi już sobie tak fenomenalnie, jednak Vulture to utwór, który naprawdę zasługuje na miano highlightu albumu – ciężki, ponury, pełen pasji i agresji… Amnesia może się nie wybija nadzywczajnie, jednak śpiewająca delikatnie Mary w duecie ze smykami (znak firmowy zespołu jednak się raczył pojawić) naprawdę potrafi mile zakręcić słuchaczem. Magical Fix to utwór tak trochę pro forma, ale jednak również zapada w pamięć. Finałowe Illumination natomiast to dowód na to, że muzycy nie muszą iść na emeryturę – wciąż potrafią robić utwory w stylu, który nie jest plastikowy ani pisany pod wytwórnię. Refren końcówki albumu to nie są jakieś popłuczyny po My Bloody Valentine czy jakimś pseudogotyckim, emopunkowym zespole. Jest po prostu wręcz nieziemsko ciężko i ponuro.

Taka ta nowa Tristania. Do połowy plastikowa i ledwo strawna, potem miejscami akceptowalna, a miejscami wręcz fenomenalna. Albumu da się słuchać z lekkim tylko bólem zębów, jednak na tyle czasu czekania można było mieć nadzieję na coś więcej. A tu? 6/10 maksymalnie, bo jednak dwa fenomenalne kawałki przy czterech, których się zapomina mimo wielokrotnego słuchania… Ot, warto, ale raczej wykorzystując fakt, że kolega ma oryginał i właśnie siedzimy u niego. Tylko trzeba pamiętać, że Tristania gotycko-doomowa skończyła się na Ashes. Teraz mamy Tristanię metalowo-rockową. Albo wręcz tylko rockową.

.

f!eld

%d blogerów lubi to: