Przeskocz nawigację

  1. Falling, Catching
  2. Riverside
  3. Brother Sparrow
  4. Just So
  5. Beast
  6. Louretta
  7. Avenue
  8. Philharmonics
  9. Close Watch
10. Wallflower
11. Over the Hill
12. On Powdered Ground

*

Ocena: 9/10

Jak widać, nie uczyniliśmy na Trois Vierges ani podsumowania minionego roku, ani noworocznych rezolucji, a usprawiedliwienie niech nam wystawi okrutna Akademia, dominująca nad obowiązkami Redakcji. Ubolewamy. Z tego powodu czuję się w obowiązku przedstawić przynajmniej swoją płytę roku – już niby prawie wiosna, chociaż tak naprawdę to jeszcze środek zimy, a album o którym będzie mowa poznałem w listopadzie, mimo że zdaje się wymarzony na schyłek lata. W przypadku Agnes Obel jednak wszelkie czasowe uprzedzenia tracą moc. Zaciągnijmy zasłony. Tak to się zaczęło:

*

*

W tym momencie najchętniej postawiłbym kropkę i zakończył recenzję poleceniem przyjrzenia się liście utworów, dziewczynie na okładce i napiętnował wszelkie zawahania w zamiarze sięgnięcia po płytę. Jeśli kogoś oczarowała piosenka „Riverside” to może z niegasnącym entuzjazmem zapoznać się z zawartością płyty i nie zostanie rozczarowany. Cokolwiek bym pisał o skromnej acz wysmakowanej palecie dźwięków – żadne uderzenie w klawisz fortepianu nie brzmi na „Philharmonics” dwa razy tak samo; i jakkolwiek bym próbował oddać słowami chociaż odcień przedziwnej atmosfery, jaką kreuje swym głosem i doskonałymi melodiami Agnes Obel – za każdym razem nad wszystkim panować niepodzielnie będzie słowo klimat. Mogę jedynie żonglować metaforami, ale doprawdy nieistotnym jest czy będziemy określać artystkę mianem córki Tiersena („Louretta”), czy postacią ze snu Bergmana („Wallflower”) – to wszystko i tak byłoby jedynie zaglądaniem przez dziurkę od klucza do wnętrza domku gdzieś na jutlandzkim brzegu, a tam, mimo iż zamierzchłe w sepiowych scenach, opowieści dotyczą naszego tu i teraz – nawet jeśli jeszcze o tym nie wiemy.

Klimat to określenie wyświechtane już na wszystkie strony, ale jeśli umiejętnie wypowiedzieć je z błyskiem w oku, to nadal z powodzeniem może stanowić nasze słowo-klucz. Ów klimat opiera się na jeszcze jednym czynniku, który sprawia, że debiut Agnes Obel jest albumem tak intrygującym – jest nim swego rodzaju niejednoznaczność nastrojów. Nie jest to bowiem kolekcja bajań o sennych widziadłach, ani zgasłe requiem dla minionej miłości, nie są to też słodkie okruszki, którymi pożywią się przelotne ptaszki z krajów poezji śpiewanej. Alchemia między różnymi emocjami zachodzi bardziej niepostrzeżenie, chociaż wyczuć można zmienne proporcje między słonecznym piachem (np. „Just So” oraz „Beast”) a przypływem chłodnej, słonej wody („Philharmonics” i „Close Watch”). Nim jeszcze w pośpiechu wielkiej małej ucieczki przy dźwiękach smyczków płyta zakończy się utworem „On Powdered Ground”, wejdziemy na wzgórze:

*

*

Agnes Obel wie jak wywołać przed naszymi oczami dziwnie znajome krajobrazy, które nie zostaną łatwo wypłukane z pamięci. Dodać należy też, że wszystkie sceny „Philharmonics” tkała zupełnie sama, bez udziału wielkich nazwisk i technologicznego blichtru. Jednakże taki debiut w zupełności wystarczy by wypatrywać na horyzoncie koncertów i mieć oko na wielce obiecującą twórczość – duńską latarnię morską na morzu europejskiego alternatywnego zamętu, w którym wielu gubi drogę do portu jakim jest po prostu piękna muzyka.

Ver.

%d blogerów lubi to: