Przeskocz nawigację

  1. The Gift
  2. Heart of the Desert
  3. Samarkand
  4. Arcane Ride
  5. Magdalena
  6. Wasser und Fels
  7. Die geheime Melodie
  8. My Ivory Fairy
  9. Abendruf
10. Lurlinnight
11. Spinnenhaus
12. Deae Noctis
13. Dämmertal
14. Masken
15. Goddess of the Night

Ocena: 7/10

Elane od samego początku, to jest od debiutu „The Fire of Glenvore”, przedstawiał obiecującą wizję folk-rockowych scenerii naznaczonych wyrazistym herbem współczesnego fantasy. Etykietka owa mogłaby dziś się rozsypać na setki okresleń i odniesień, o czym zespół doskonale zdaje się wiedzieć, bo w ciągu swej niezłej działalności zdążył odwiedzić już okolice Tolkiena, Braci Grimm oraz Opowieści Tysiąca i Jednej Nocy. Tym razem inspiracją stała się proza Kaia Meyera.

„Arcane” bardziej niż poprzednie albumy wydaje się być pomyślany jako swoisty soundtrack. Instrumentalne introdukcje, rozmaite przerywniki, i przelotne, epickie sceny malowane dźwiękiem zmieniają się miejscami z mocno zarysowanymi tematami. Słowo „ballada” nie powinno tu w ogóle paść – po pierwsze jako pewna oczywistość, po drugie by uniknąć próby definicji tego czym „ballada” jest a czym nie jest na płycie, której muzyka raz po raz przywołuje krajobrazy starożytnej kniei, płomieni i strzelistych kaszteli. Zostawiając w tyle kwestię wybranych przez muzyków form, można się skoncentrować na tym, co z miejsca może zaskoczyć słuchacza czwartej płyty Elane – kompozycyjna współmierność na każdej prawie linii.

Z nierównowagą można było mieć problem na poprzednich dokonaniach, tutaj zarówno układ płyty, jak też wewnętrzne składniki utworów są pięknie rozłożone w iście narracyjny układ. Pierwsza połowa płyty, krążąc między bliskowschodnim a europejskim średniowieczem, rozplata swe wątki od niepozornej wizytówki „Heart of the Desert”, przez instrumentalny „Samarkand”, by nabrać rozmachu w utworach „Arcane Ride” i „Magdalena”, przy czym to ten drugi przypadł mi bardziej do gustu jako nie odrealniona rycerska scena rodem z Anglii Króla Ryszarda. Za to wspomniane aranżacyjne kontrasty i brzmieniowe smaki pochwalić należy w obu odsłonach. Następnie następuje arcyklimatyczne zejście w głąb bardziej nierzeczywistych historii pełnym grozy, pasażem „Wasser und Fels”, w światło dworskiego tanz „Die geheime Melodie”.

Kiedy w „Abendruf” na dobre się ściemnia okazuje się, że nieco surowy głos Joran bez trudu odnajduje miejsce, w którym może brzmieć prawdziwie zwiewnie (bo jeśli ktoś myśli, że od początku mamy do czynienia z piszczącą czarodziejską elficą, tkwi w sporym błędzie). „Lurlinnight” to odpowiedni moment by świadomie użyć słowa „ballada”, zaś instrumentalny moment „Spinnenhaus”, by nie rozwodzić się zbytnio, to punkt nad którym medytację powinien przeprowadzić Blackmore’s Night, zadumawszy się głębiej nad swoim postępowaniem – okazja ku temu nienajgorsza, bo gdy zaczyna się kolejny rozdział można odczuć jak bardzo odzwyczailiśmy się od 15-ścieżkowych płyt. Tak więc znów arcyfilmowy przerywnik „Dämmertal” pogłębia nastrój, po czym odzywa się w końcu męska część zespołu (mam wrażenie, że nieco pro forma) i już tylko zmienne tempa i konwencje „Goddess of the Night” przewijają się jak stosowne napisy końcowe.

Jak na zespół, który zdaje się nie respektować idei bonusów, będąc wiernym starej szkole folku, która znajdzie na swych płytach miejsce dla każdego odprysku przejawu twórczego, to nieźle. Jak na album czerpiący z tematów dość mocno eksploatowanych, to doprawdy lepiej niż nieźle.

Ver.

%d blogerów lubi to: