Przeskocz nawigację

  1. Krakowska
  2. Mouth 2 Mouth
  3. Halo
  4. MYYM
  5. Disobey
  6. Castaway
  7. Think Again
  8. Show Me Love
  9. Happy Sad
10. Soon
11. Tears in Rain
12. Grace

Ocena: 6/10

Przez długie lata zastanawialiśmy się kiedy i co w końcu wykoncypuje Kate Havnevik, po tym jak w 2006 roku debiutowała w niesamowitym stylu albumem „Melankton”. Zdawało się, że przedłużenie etatu Guyowi Sigsworthowi to dobry wybór, a aura Krakowa, gdzie powstawał nowy album, okaże się eliksirem oryginalnych inspiracji. Wydana w międzyczasie pilotażowa epka zatytułowana „Me” przedstawiała zawartość dość obiecującą jak na ścieżkę dźwiękową poszukiwań człowieka w wielkomiejskiej dżungli. Gdy jednak fanowski sponsoring pod egidą serwisu Pledge Music zaczął się niecierpliwić, a data wydania płyty przesuwała z roku na rok jasne było, że coś jest nie tak.

„You” ani w połowie nie osiąga poziomu debiutu. Byłoby oznaką tępoty stwierdzenie, że winna jest temu rezygnacja z tak chwalonego na „Melanktonie” kameralnego mariażu elektroniki z klasycznym orkiestrowym instrumentarium. To, że Kate postanowiła przesiąść się na inny środek muzycznej lokomocji nie było wcale złą decyzją. Pierwsza zajawka „Halo” zapowiadała powrót do prostszych, bardziej przebojowych form. Dlaczego by nie. Tymczasem, w całość przedsięwzięcia wkradł się komputerowy wirus banału – i nie wiem, czy to przez warunki pracy, którym nie przysłużyła się dobrze interaktywna kampania, czy przez wyczuwalny wyścig z czasem, czy cokolwiek innego – bo nie chce mi się wierzyć, żeby artystkę, która zdążyła już strącić czapki z głów krytykom i amatorom electropopu, zdołały wyrolować styl i tematyka.

Może więc o bolączkach, starając się by nie zabrzmiało to jak czepianie się konceptu, bo nie w tym rzecz. Album o poszukiwaniu tej jedynej osoby w labiryncie dzisiejszego świata, zdaje się w założeniu mienić dozą rozmachu, ale też znakiem skondensowanej formy, w sam raz do ipoda, na wieczorne podróże w tłoku krakowskiego tramwaju. Pozorny rozmach zapewnił Sigsworth w wyczarowaniu garści hitów, które powinny z miejsca porwać młodych poszukiwaczy uczuć. Mamy tu bowiem takie pozycje jak tęskne kontrasty „Mouth 2 Mouth”, przypominająca złote dzieje Corrsów „Happy Sad” czy rozgwieżdżona „MYYM” (My You, Your Me), która każdy nasz środek transportu przemienia w rakietę za sprawą strzelistych smyków i syntetycznych spiralnych mgławic. Niestety ten nastoletni adresat staje się nazbyt jawny, nie tylko w tekstach, co uporczywie zdaje się sugerować, że twórcy podeszli do zadania zbyt szablonowo. Brak tu jakiegokolwiek intrygującego zaczepienia, którego nie znalibyśmy wcześniej z płyt Imogen Heap, Frou Frou, czy produkcji Williama Orbita. „Think Again” zbyt odczuwalnie (i nieudolnie) pozuje na następcę „Nowhere Warm”, natomiast „Tears in Rain” odwrotnie – zupełnie pozbawione szczerych emocji, przecieka jak stary, płytki zlew krokodylich łez, po tym jak trzy utwory wcześniej sekcje dęte, z uśmiechem od ucha do ucha, paradują we wszystkich kolorach tęczy w „Show Me Love”.

„You” nie byłby tak odczuwalnym regresem, gdyby to właśnie tą płytą Havnevik zadebiutowała. Tymczasem jedyne, co pozostało z oryginalnej atmosfery poprzedniczki to para „Castaway” i „Disobey”, w których nieco mocniej dmie chłodny skandynawski szkwał – bonusa „Grace” znanego od dawna z Grey’s Anatomy, który żywcem pochodzi z tamtej epoki, nie liczę, choć wpasowuje się tu świetnie i ratuje ostatnie minuty albumu. Nie znaczy to bynajmniej by artystka była skazana na wieczną zimę, by utrzymać się na powierzchni muzycznego jeziora, bo dowiodła już, że potrafi tworzyć utwory pełne pozytywnych emocji bez brnięcia w rozczarowującą zwyczajność. Gdzieś pomiędzy tym całym misz-maszem są jeszcze „Krakowska” i „Soon”, z których lubię zwłaszcza ten drugi za prosty, nastrojowy obraz bezsennej samotności w sieci i czuwania, który dociera gdzieś głębiej.

Zaszkodził wredny sąsiad z kamienicy podczas nagrań (odsyłam do wideoblogów), błąd w twórczo-promocyjnej procedurze lub zwyczajnie poprzeczka po „Melanktonie” wisiała zbyt wysoko. Bez tego punktu odniesienia można by bez krzywienia się uznać „You” za niezgorszy album, ale na tle wykazanych wcześniej talentów jest raczej rozczarowujący, zwłaszcza, że do skoku przygotowywano się 5 lat. Niechby Kate Havnevik dała sobie tym razem nawet tyleż samo czasu, ale niech spożytkuje go na muzykę i wsłuchiwanie się w swój wewnętrzny głos – nie w larum fanów, którym trzeba dodatkowo przyrządzić obiecane w Pledge’u paczki.

Ver.

%d blogerów lubi to: