Skip navigation

  1. I Knit You
  2. Dancing on Your Scalp
  3. Human Twin
  4. Archetype
  5. Maze Rider (Live from the Cave)
  6. For a Shadow
  7. Dust Collision
  8. Echoes and the Light
  9. Green Machine
10. Holy Beast
11. Mad Thinker Get Out of My Head
12. Les Djinns

Ocena: 7/10

Wbrew pozorom fanowskie komentarze na last.fm mogą być kopalnią zadziwiająco trafnych spostrzeżeń. Pragnąc zbliżyć się do tego, czym tak naprawdę jest najnowsze dokonanie Kate Wax, należy bezgranicznie uwierzyć w spontaniczne apostrofy jakie ronią ludzie po premierze jej nowego albumu, nawet jeśli pojawia się tam taka konkluzja jak „it’s a monster”, gdyż w tym samym komentarzu, na jednym tchu, pada jeszcze równie znaczące wykrzyknienie – „great tunes!”

Z trzewiami tego potwora pod tytułem „Dust Collision” kontaktowałem się stosownie czarną nocą zeszłej zimy, gdzieś grubo po północy. Zejście do dźwiękowego reaktora w takich warunkach jest tyleż ryzykowne, co dostarczające dozy naprawdę intensywnych wrażeń, gdyż jest to jedna z tych płyt, która powstawała w całkowitym odosobnieniu naznaczonym obecnością Szwajcarskich Alp, gdzie Aisha Devi Enz, alias Kate Wax, niczym postmodernistyczna mniszka, udała się by przebywać sam na sam z myślami i instrumentem muzycznym – w tym wypadku laptopem – i tam właśnie stworzyła muzykę pełną surowości i chłodnego uroku. Rezultat tych zamkniętych rekolekcji z cybernetycznymi duchami jest oczywiście mocno zdigitalizowany, tyleż mroczny co migotliwy, niekoniecznie przygnębiający, ale zdecydowanie przyprawiający o klaustrofobię. Jaskiniowy, tylko przy założeniu, że to kopalnia platyny, krzemu lub wolframu, eksploatowana na usługi genewskiego zderzacza hadronów. Takie wrażenie potęguje przede wszystkim reverb oszczędnych, wokalnych fraz – zupełnie jakbyśmy przebywali w pomieszczeniu bez okien, wsłuchując się z jednego kąta w głos dochodzący z naprzeciwka. W przestrzeni pomiędzy słuchaczem a emiterem ma jednak miejsce cała gama rozmaitych zda(e)rzeń.

Może się wydawać, że to faktura elektronicznych warstw rządzi tutaj niepodzielnie, ale wcale tak nie jest, gdyż nawet pierwsza minimalistyczna sekwencja „I Knit You” wykazuje charakter dynamicznej struktury. Jej kształt wytyczają nie tylko fizyczne właściwości modułów jakie dobiera Kate Wax. W konstrukcji maszyny, która z molekularnej rzeczywistości ma wyprowadzić iskrzący blask ludzkiej opowieści, czynny udział ma również wyobraźnia zainspirowana światem materii. Na tę jasną wiązkę składają się przede wszystkim głosy, i obojętnie czy docierają do nas mocno zmodyfikowane (jak w „Dancing on Your Scalp” lub „Dust Collision”) czy w naturalnej postaci, wyczuwalne jest, że wychodzą one na przeciw nam z kosmosu intensywnych emocji, nawet wówczas, gdy wokal sprowadza się do melorecytacji sączącej się niczym woda ze stalaktytów. Drugim składnikiem rzeczonego światła opowieści jest to, o czym była już mowa na wstępie – czyli melodie. Mimo monochromatycznej palety całego albumu, poszczególne etapy posiadają dzięki wyrazistym kompozycjom swój szczególny charakter. Śpiewne frazy wgryzają się w narastający niepokój w „Holy Beast”, zupełnie inaczej niż w „Archetype”, będącym od pierwszych dźwięków (nie tylko za sprawą fortepianu) dobrym kandydatem na hit radiowęzła wysokiego napięcia. Podobne, acz bardziej zmienne oblicze, posiada też zamaszysty „Maze Rider” i „Echoes and the Light”. Natomiast na koniec, po introwertycznych monologach pod tytułem „Mad Thinker Get Out of My Head”, układ współrzędnych zmierza do punktu, gdzie rozbłyskają światła elektronowej wigilii – mowa o „Les Djinns” – doskonałym przykładzie tego, jak jednym ruchem można rozproszyć klaster ciemnej materii.

Przekroczenie bariery obrazów niewidocznych gołym okiem, okazało się doskonałym kierunkiem poszukiwania dla Kate Wax. Odnaleziona została tam oryginalna przenośnia dla potrzeby autorefleksji, której bitwy mieszczą się całe na powierzchni kompaktowego nanometra zagospodarowanego przez ascetyczne środki. Te i inne kontrasty sprawiają, że bardzo wyrazisty staje się muzyczny przekaz. „Dust Collision” plasuje się też całkiem dobrze na pozycji brakującego ogniwa w syntezie czarno-białych światów Fever Ray i Karin Park, odjąwszy uprzednio od tego sprzężenia pojęcie „radio friendly”, której to redukcji domagają się nie tyle formy, co aura tej muzyki. Tkwi w niej coś co niepokoi, ale też coś co przyciąga i oczyszcza – niełatwa grawitacyjna zagadka dla wyobraźni tych, co nie boją się bawić prądem.

Ver.

Reklamy
%d blogerów lubi to: